Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Centralne

Przyjaciel natury

NPM 8/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Stodolny
Tomek na zagadkowej drabinie pokonanej przez psa (fot. Grzegorz Stodolny)
Naturfreunde uznawana jest przez wielu za jedną z piękniejszych ferrat w Austrii, polecaną na początek przygody ze stalową liną. Ta niezbyt trudna technicznie trasa jest wymagająca kondycyjnie, ale każdy krok postawiony na zachodnich zboczach góry Traunstein daje mnóstwo satysfakcji i radości.

Do miejscowości Gmunden niedaleko Salzburga docieramy wczesnym popołudniem razem z Kasią, Tomkiem i Marcinem. Jest to pierwszy od prawie tygodnia dzień w górach Austrii, kiedy mamy prawdziwą letnią, bezdeszczową pogodę. Kierujemy się bezpośrednio nad wschodni brzeg Traunsee, u podnóża góry Traunstein (1691 m n.p.m.), która następnego dnia będzie celem naszej wędrówki. Przyznać trzeba, że szczyt ten jest niezwykle imponujący. Wyrastająca wprost z tafli jeziora potężna, pnąca się na ponad tysiąc metrów w górę, wapienna skała robi na nas olbrzymie wrażenie.
Gdy dojeżdżamy na parking, nie omieszkamy skorzystać z ciepłych promieni słońca, aby skutecznie wysuszyć cały nasz dobytek. Kilka dni wędrówki w padającym deszczu nieźle nas zaprawiło. Na brzegu przy końcu drogi znajduje się lądowisko dla helikopterów, na którym niczym Cyganie rozkładamy każdy, nawet odrobinę wilgotny element naszego ekwipunku. Widok ten od razu przyciąga wzrok zaciekawionych osób, wykorzystujących jezioro jako typowe kąpielisko. Szybko dołączamy do nich, aby poczuć choć trochę ulgi od palącego słońca. Wieczorem po sytym, biwakowym obiedzie zaczynamy się zastanawiać nad potencjalnym noclegiem. Na lądowisku obowiązuje zakaz rozbijania namiotów. Żal nam jednak płacić za wynajem pokoju, a opcja spania w aucie na parkingu w cztery osoby niestety odpada. Decydujemy się zatem na nocleg pod gołym niebem nad samym jeziorem.
– Zjedzą nas komary – oprotestowuję ten pomysł, ale jestem w mniejszości. I dobrze się stało, bo ku mojemu zaskoczeniu noc przebiega spokojnie. Tym razem krwiopijcy nas oszczędzili.

Dzieciaki i zwierzaki
Pobudkę zgotowaliśmy sobie wczesną, bo już o 7.15 wyruszamy w stronę ferraty Naturfreunde, która ma nas poprowadzić przez dzisiejszą przygodę. W pełnym rynsztunku, w kaskach i uprzężach z kompletnym zestawem ferratowym, przekraczamy dwa wyryte w skale tunele, by po 15 minutach stanąć przed mostem, po którego lewej stronie zaczyna się nasza żelazna perć, startująca z wysokości około 440 m n.p.m.
Przed nami na pierwszym odcinku już znajduje się kilka osób.
– Patrzcie, oni w ogóle nie mają sprzętu – zauważa Kasia. Jesteśmy nieco zaskoczeni, jednak machamy ręką i wyruszamy pod górę. Od tego momentu czeka nas ponad kilometr podejścia w skalnym
– w zdecydowanej większości – terenie.
Po przekroczeniu pierwszej żelaznej drabinki od razu idą w ruch ręce, które dotykają jeszcze chłodnej o poranku skały. Stopnie są duże, a cała sprawa nie wymaga ogromnej sprawności fizycznej. Jedynym problemem może być ekspozycja, gdyż z każdą minutą nabieramy wysokości. Cały czas możemy się jednak czuć pewnie, a podążanie za wyznaczonym stalówką szlakiem daje niezwykle dużo przyjemności. Po 20 minutach i kilkudziesięciu metrach w górę kończy się pierwsze strome podejście i idziemy po bardziej wyrównanym terenie. Za nami rozpościera się piękny widok na jezioro Traunsee, więc robimy małą sesję zdjęciową. Kiedy uwieczniamy w kadrach kolejnych turystów, okazuje się, że żadna z mijających nas osób nie ma ani pół grama sprzętu ferratowego. Gdy w końcu spotykamy dziesięciolatka bez jakichkolwiek zabezpieczeń, stwierdzamy, że jednak przesadziliśmy z ostrożnością i niepotrzebnie nosimy ze sobą parę kilo więcej.
Ruszamy w dalszą drogę trawersem, chowając się w cieniu zachodnich ścian góry. Ferrata po chwili znika i czeka nas teraz długie i mozolne wspinanie się krętą ścieżką. Idealnie można tu podziwiać budowę skalną okazałych ścian. Spoglądamy też na nieliczne drzewa, walczące o przetrwanie w niezwykle pochyłych i niesprzyjających warunkach. Niedługo teren robi się bardziej lesisty, przecinany jednak fragmentami skalnymi, które trzeba pokonywać za pomocą czterech kończyn. Warto wspomnieć, że co pewien czas można przysiąść na jednej z licznych na trasie ławeczek, umiejscowionych często w atrakcyjnych widokowo punktach. W polskich pasmach często o takim udogodnieniu możemy tylko pomarzyć.
Po kilkunastu minutach witają nas pionowe ściany i wysoka na dziesięć metrów pochylona drabina, a po niej trawers pod kątem 45 stopni, który pokonujemy po sztucznych stopniach. To chyba najtrudniejszy fragment ferraty, gdzie przypięcie się sprzętem nie jest wcale złym pomysłem. Trzeba jednak podkreślić, że nie odbiega on zbytnio od trudności, jakie możemy spotkać choćby na naszej Orlej Perci. Po przekroczeniu tych dwóch przeszkód i dalszych trawersach, około dziewiątej wychodzimy z cienia, zatrzymując się przy tabliczce Südwest-Grat, wskazującej wysokość 970 m n.p.m. Widok na jezioro Traunsee jest idealny, a jeśli dodamy do tego coraz szerszą panoramę zachodniego brzegu z pięknie wyłaniającą się spomiędzy dwóch pasm gór miejscowością Ebensee, trudno nie otwierać buzi z wrażenia. Zapewniam każdego amatora fotografii, że spędzi tu długie minuty. Kadr skalnych ścian z rosnącymi w niektórych miejscach sosnami jako żywo przypomina naszą słynną, pienińską singielkę na Sokolicy.
Kolejną przerwę wykorzystujemy na zjedzenie przechowywanej przez cały tydzień chałwy. Już na samym początku naszego wyjazdu postanowiliśmy, że skonsumujemy ją w ostatni dzień. I w tych pięknych okolicznościach przyrody przyszła na to pora. Sytuacja jest o tyle komiczna, że naszemu przysmakowi przygląda się merdający ogonem pies.
– Jak on przeszedł po drabinie? – nie może się nadziwić Marcin.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też