Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Iran

Przez pustynne szczyty

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Supergan
W irańskich górach woda oznacza życie. Na zdjęciu bezimienna dolina zagubiona wśród gór w prowincji Kurdystan (fot. Łukasz Supergan)
Nie pamiętam już, kiedy pomysł przejścia Zagrosu przyszedł mi do głowy. Może był to poprzedni mój pobyt w Iranie, cztery lata temu? Nie, chyba nie... Raczej dużo później, gdy moja miłość do długodystansowych wędrówek nabrała rumieńców. A może miniony rok? Pewnego dnia po prostu otworzyłem atlas, spojrzałem na Iran i zobaczyłem długi łańcuch górski przecinający zachodnią część tego kraju. To wystarczyło, bym powziął pomysł na wyprawę.

Zagros to potężne góry w zachodnim Iranie, powstałe w rejonie, gdzie płyta tektoniczna Półwyspu Arabskiego wciska się w kontynent azjatycki. Nieubłaganie zamykając Zatokę Perską, wypiętrza jednocześnie olbrzymi obszar lądu. To największe góry pomiędzy europejskimi Alpami i pakistańskim Karakorum, w linii prostej długie na 1,6 tys. kilometrów. Pokrywają je w dużej mierze pustynie i półpustynie, a najwyższe szczyty sięgają tam ponad 4 tys. metrów. Pomysł, by je przejść, wydawał mi się dość karkołomny i szybko odłożyłem go do głębokiej przegródki w umyśle. Tymczasem wiosną niespodziewanie zjawiła się szansa, by to zrobić. Kilka miesięcy przygotowań minęło szybko. Dzięki pomocy wielu osób i firm byłem spokojny w kwestii sprzętu. Czy jednak wiem wystarczająco dużo, by przeżyć na pustyni? Czy mój organizm nie zawiedzie? Czy wytrzmam? Tego nie wiedziałem. Nie zamierzałem jednak poddać się zbyt łatwo.

Starcie z biurokracją
Deszcz wlewa się pod dach tarasu na pustym placu zabaw, gdzie się schowałem. Wstaję i poprawiam płachtę, którą rozłożyłem jako dodatkową osłonę. Wszystko na razie idzie nie tak: zamiast w upalnym Iranie wylądowałem w zimnych i mokrych górach Kaczkar we wschodniej Turcji. Przyleciałem tu po długim, bezskutecznym czekaniu na wizę w Warszawie, spodziewając się, że konsulat w pobliskim Trabzonie wyda mi ją od ręki. Niestety. Akurat w dniu, gdy przyjechałem, placówka zamknęła się na tydzień, a ja zostałem na lodzie. I muszę czekać. Oby tylko ten okres się nie wydłużył, bo i tak jestem już mocno spóźniony. Aby zabić czas, udaję się na północ od miasta, w góry, gdzie wałęsam się przez dwa dni, podglądając pracę na plantacji herbaty. Trzeciego dnia przychodzi ulewa, uziemiając mnie w małym miasteczku.
Otrzymanie wizy do Iranu nie jest trudne. Jedynie czasochłonne – list do agencji, numerek z MSZ-etu, potem wizyta w ambasadzie... Trudno też wyrobić wizę dłuższą niż miesięczna, o czym przekonałem się jeszcze w Polsce. Bojąc się, że zima złapie mnie w drodze, szybko udałem się do Turcji, gdzie miałem szansę na otrzymanie jej od ręki. Ale zamiast tego siedzę i moknę, marnując baterię w czytniku e-książek.
Kilka dni później jestem z powrotem w Trabzonie. O siódmej rano przed konsulatem jest już kolejka, ale mam szczęście i wchodzę jako pierwszy. Surowi urzędnicy podają wnioski, lustrują paszporty, konsultują coś między sobą. Siedzę jak na szpilkach, by po dwóch godzinach otrzymać świstek z poleceniem wykonania przelewu w banku. Gdy wracam, moje serce wali jak szalone – wiem, że od tego momentu zależy dosłownie wszystko. Na szczęście – udaje się! Do ręki dostaję pachnącą farbą drukarską wizę na 30 dni! Wysyłam do kraju krótką informację („Jadę!”) i przemieszczam się w stronę granicy. 12 godzin później jestem już w Iranie.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też