Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Zachodnie

Przeminęło z wiatrem

NPM 2/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Ostatnie podejście w stronę stacji meteorologicznej na Kasprowym Wierchu (fot. Grzegorz Stodolny)
Na Czerwone Wierchy wstrzeliliśmy się szczęśliwie między Ksawerym a halnym, który w Boże Narodzenie siał spustoszenie w Tatrach i na Podhalu. Mieliśmy naprawdę sporo szczęścia, że na początku sezonu zimowego udało nam się przejść grań od Ciemniaka do Kasprowego Wierchu.

Na przejście Czerwonych Wierchów w zimowej scenerii czekaliśmy od początku listopada. Przez pierwsze tygodnie z wyjazdu wyszły nici, bo o śniegu mogliśmy tylko pomarzyć. Z kolei na początku grudnia przyszedł Ksawery. Orkan, który także dla polskich gór nie miał żadnej litości. W Bieszczadach powalił na przykład najgrubszą jodłę rosnącą w naszych lasach.
– Miała 517 cm obwodu, 168 cm średnicy i 42 metry wysokości. Jej potężna dziupla mogła pomieścić trzech dorosłych mężczyzn. Była z powodzeniem wykorzystywana na gawrę przez niedźwiedzia – mówił ze smutkiem Edward Marszałek, rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie.
Także i w Tatrach wiało niemiłosiernie. Ale i tak Ksawery okazał się dla nich litościwy, bo prawdziwy armagedon przyszedł w samo Boże Narodzenie. Halny, który uderzył 25 grudnia, wiał w Tatrach z prędkością 176,5 km na godzinę. Jak relacjonował PAP, żywioł uszkodził 50 domów, sieci energetyczne i samochody oraz powalał drzewa na jezdnie. Kilkadziesiąt osób zostało rannych. Halny niszczył wiaty, znaki drogowe, przewracał billboardy i ozdoby świąteczne, na Krupówkach złamał ponad 10-metrową choinkę.
– To był jeden z silniejszych halnych w historii, ale nie rekordowy. W 1968 roku wiatr w Tatrach osiągał prędkość 288 km na godzinę – tłumaczył Michał Furmanek, kierownik stacji meteorologicznej IMGW w Zakopanem.
Halny na tyle przestraszył Polaków, że turyści masowo odwoływali rezerwacje. My mieliśmy więcej szczęścia. Zaatakowaliśmy Czerwone Wierchy w przerwie między żywiołami.

Martwe morze stoi wokół nas
Kilka minut po godzinie szóstej opuszczamy razem z Rafałem parking przy wejściu do Doliny Kościeliskiej. Jesteśmy jednymi z pierwszych turystów, którzy wychodzą tego dnia w góry. I choć Ksawery przeszedł już do historii, a o halnym jeszcze w Tatrach nikt nie myślał, to silny i zimny wiatr wita nas przy samym wejściu na szlak. Dlatego pierwszy odcinek naszego zimowego wypadu upływa nam głównie pod znakiem poprawiania ubioru, przede wszystkim w okolicach kołnierza i głowy, aby stracić jak najmniej ciepła zmagazynowanego jeszcze podczas pobytu w aucie. Silne podmuchy będą nam towarzyszyć przez cały dzień.
W absolutnych ciemnościach po 20 minutach docieramy do rozstaju na Cudakowej Polanie, gdzie wkraczamy na czerwony szlak, który prowadzi nas już prosto – pomijając przejście mostkiem na drugi brzeg Miętusiego Potoku – na szczyt Ciemniaka, pierwszego od strony zachodniej Czerwonego Wierchu. Początkowa droga przez las nie nastręcza nam większych problemów, mimo że szlak nie jest przetarty, a jedynym śladem obecności człowieka jest niezawiany do końca ślad nart.
Pierwszą zapowiedź kłopotów, które czekają nas na trasie, napotykamy po ponad dwóch godzinach marszu. Wkraczając na polanę Upłaz, którą należy pokonać, skręcając w lewo po wyjściu z lasu, widzimy znaczny wzrost pokrywy śnieżnej. O ile wcześniej biały puch sięgał nam do kolan, to teraz jego górna granica przesunęła się do pasa. Śnieg zdecydowanie nie jest naszym sprzymierzeńcem. Od tej pory każdy krok kosztuje nas dużo więcej wysiłku. Siłą rzeczy zwalniamy tempo i w głowach zaczynamy nerwowe przeliczanie czasu.
Na szczęście świt i wschodzące słońce podbudowują morale naszego małego zespołu. Obracamy się w kierunku Podhala i przed nami roztacza się przepiękny widok lekko czerwonej od promieni słonecznych Babiej Góry, stojącej niczym wyspa pośród morza chmur, które zakrywają ziemię aż po horyzont. Powyżej nas nie ma ani jednego obłoku, a błękit rozpościera się, dokąd tylko wzrok może sięgnąć. Ta wspaniała aura miała utrzymać się przez cały dzień, choć prognozy na samo Zakopane nie były tego dnia optymistyczne.
– Ci na dole muszą się wkurzać na fatalną pogodę – Rafał ocenia sytuację zdroworozsądkowo. Miło poczuć się szczęściarzami, będącymi w tym momencie w lepszym miejscu na Ziemi.
Torując drogę ponownie w zalesionym, łatwiejszym terenie, analizujemy sytuację.
– Śnieg zostaje na gałęziach drzew, stąd jest go mniej na ścieżce. Gdy znowu wyjdziemy w otwarty teren, może być nieciekawie – przestrzegam kolegę.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też