Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Tatry Wysokie / Zawrat

Przekroczyć wąskie wrota

NPM 2/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Szymon Matuszyński
(fot. Albin Marciniak)
Zimą szlaku na Zawrat nie wolno lekceważyć. Łatwo popełnić błąd, który skończy się niebezpiecznym zjazdem, albo nawet podciąć lawinę. Ale satysfakcja z wejścia na tę popularną przełęcz o tej porze roku będzie ogromna.

Temat tatrzańskiego klasyka, jakim niewątpliwie jest Zawrat (2159 m n.p.m.), przerabiałem na różne sposoby. Wszak to wyjątkowej urody i pełna wrażeń górska przeprawa przez jedną z najpiękniejszych tatrzańskich przełęczy. Według najdoskonalszego moim zdaniem przewodnika, jakim są „Tatry Polskie” Józefa Nyki, Zawrat to: „wąskie wrota skalne, wycięte z dawnych ruchów tektonicznych, które wyznaczają też bieg Zawratowemu Żlebowi. Najsłynniejsza przełęcz Tatr Polskich”. Trudno się z tym nie zgodzić, trudno też owych wrót, będąc w Tatrach, nie przekroczyć.
 
Niech wieje i mrozi
Jestem pasjonatem gór. Od wielu lat poszukuję nieco odmiennej formy ich odkrywania. I nie chodzi o pokonywanie szlaku w klapkach czy w pływackim stroju, co – jak się okazuje – czasem się zdarza. Dla mnie góry pasjonujące są wtedy, gdy pokryte są warstwą śniegu, a jeśli nie jest to możliwe, to przynajmniej, kiedy targa mną silny wiatr i warunki są co najmniej wymagające. Niekoniecznie znajduje to co prawda zrozumienie wśród mojej rodziny czy znajomych, ale staram się ich przekonywać, że odczuwanie gór w ten właśnie sposób niesie ze sobą coś absolutnie magicznego, fantastycznego.
Do tematu zimowego Zawratu podchodziłem dwukrotnie. Pierwsza próba, która oczywiście nie skończyła się sukcesem, miała miejsce jeszcze w listopadzie. Podjęliśmy ją wraz z moim bratem Jaśkiem. Piłka była, jak to się mówi, krótka. Szybka, spontaniczna decyzja –on z Warszawy, ja nocnym autobusem z Wrocławia. Spotkanie na dworcu PKP w Zakopanem, bus do Kuźnic i już wtedy wiedzieliśmy, że będzie ciekawie. Już na samym początku, mimo że Kuźnice schowane są przecież pomiędzy górami, wiało całkiem mocno.
Zima była jeszcze umiarkowana (do kalendarzowej pozostało kilkanaście dni) – w samej Jaworzynce pokrywa śnieżna do pokaźnych nie należała. Choć cel mieliśmy wcześniej określony (alternatywą były Czerwone), cały czas zastanawialiśmy się, czy jest to słuszny kierunek.
 – Dojdziemy do Murowańca, potem zobaczymy – zgodnie stwierdziliśmy.
Na Przełęczy między Kopami oberwało nam się po raz pierwszy. Jest to takie piękne miejsce, z którego wyłania się kapitalna panorama najpierw na Hawrań (cóż to jest za fantastyczna góra!), potem na kolejne tatrzańskie szczyty i przełęcze otoczenia Pańszczycy i Doliny Gąsienicowej. Dobrze, że znam ten widok prawie na pamięć, bo wtedy oczywiście nie było nic widać, a wyzwaniem okazywało się utrzymanie równowagi i dojście do Murowańca. Do tego mniejsze i większe nawisy, zmrożony deszcz ze śniegiem wciskający się w oczy i niesamowicie silny wiatr.
W Murowańcu szybka decyzja, że idziemy nad Czarny Staw. Co dalej, mieliśmy zdecydować na miejscu. Opcją była próba wejścia zielonym szlakiem na Zadni Granat, ale wszystko i tak zależało od warunków. A te, mimo mojego uwielbienia dla wiatru i chłodu, robiły się coraz gorsze.
Nad Czarny doszliśmy w niespełna 40 minut, kwadrans dłużej niż w letnim słońcu. Im jednak dalej, tym zaczynało się robić niebezpieczniej. Realizacja planu, jakim było wejście na Zawrat, stawała pod coraz większym znakiem zapytania. Wiatr zaczynał nie tyle dokuczać, ile uniemożliwiać pokonywanie kolejnych metrów. Coraz więcej było też śniegu, który wraz z wysokością robił się coraz bardziej zmrożony. Mieliśmy z bratem oczywiście raki i czekany, ale samo ich posiadanie przecież wiatru nie osłabiało.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też