Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Niżne Tatry

Procesja w deszczu

NPM 9/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Achrem
Widok z Krupovej hol’i (fot. Alan Czekierda)
Z każdym rokiem jest coraz trudniej. A przecież trzeci krzyżyk to najlepszy wiek na góry. Odpadły już młodzieńcze niedoświadczenie, bezmyślność i brawura, a nie przychodzi jeszcze charakterystyczny dla starszego wieku syndrom Wszystko Wiedzącej Wiedźmy Ple-Ple, nie doskwierają też reumatyczne bóle. Niestety, coraz trudniej jest mi zebrać grupę chętnych na wyjazd. Temu nie pasuje termin, innemu kierunek, trzeciemu pogoda, czwartemu odległość, piątemu żona, a szóstemu Bóg wie, co jeszcze…

I tym razem odzew w wielkim Poznaniu nie był wielki. Nie był nawet mały – był żaden. No, jeden kolega się zastanowi. Zacząłem układać mu pod stopami czerwony dywan na sam dworzec, posypywałem ścieżkę płatkami róż, roztaczałem wspaniałe wizje, przedstawiłem niewymagający pogorszenia bilansu energetycznego sposób transportu i dopracowany w szczegółach plan górski z wieńczącym dzieło zestawem rozrywkowym. W końcu Danek się zastanowił:
– Jedziemy! – oznajmił mój łaskawca.

Z Gorzowa do Biłgoraja
I nie jedziemy sami. Z odsieczą przychodzi zacna grupa z mojej rodzinnej Warmii: Trepek, Łuki i Tomek – diler walutowy, przedstawiciel farmaceutyczny oraz asesor sądowy. Fajnie. Człowiek dowie się czegoś ciekawego o świecie. Oni jadą samochodem. My – pociągiem. Miało być wygodnie. Wybraliśmy więc kuszetki w pociągu pośpiesznym lub miejscówki w TLK. Ale żadnych biletów dzień przed wyjazdem już nie było! Z ratunkiem przychodzi tajemniczy pośpieszny relacji Gorzów Wielkopolski – Biłgoraj.
– Kto wymyślił taką trasę? – nieważne, spadł nam jak z nieba, bo nie dość, że pociąg jest, to jeszcze jest pusty.
Podczas wchodzenia do wagonu Danek zostaje nazwany przez jegomościa o szerokim karku i twarzy nieskażonej refleksją mianem Frez łącznie z wybitnie wulgarnym epitetem. To jakże piękne określenie stanie się hasłem rozpoznawczym naszej krótkiej wyprawy. Przez całą drogę z Poznania do Krakowa mamy przedział wyłącznie dla siebie. Wysypiamy się jak susły. Przy krakowskim Dworcu Głównym (a raczej świątyni handlu, która zabudowała jego sąsiedztwo) dosiadamy się do auta Warmiaków. Samochód jest świetny! Świetny dla mieszkanki Upper East Side, której nie chce się zamawiać taksówki w drodze do wizażysty. Dla pięciu facetów z plecakami i innym żelastwem paskudnie mały. Pakujemy, ściskamy, uciskamy, przekładamy i… jednak ruszamy. Dostałem najlepsze miejsce – z przodu, koło kierowcy. „Cwaniak-bombka”, jak określiła mnie (cytując Wałęsę) koleżanka Ania w chwili szczerości.
Termin, w którym zgrać można było urlop piątki zapracowanych ludzi, przypaść mógł tylko w czasie nowej świeckiej tradycji – długiego weekendu. Różnie się te wolne dni w ciągu roku układają – ale jeden jest niezmienny. Choć nie wszyscy o tym wiedzą, Boże Ciało przypada zawsze w czwartek. Co oznacza potencjalnie cztery dni w górskich okolicznościach przyrody. Chciałem, żeby trasy były jak najdłuższe, ale tylko do dreptania. Żeby było też możliwie daleko od klimatów rodem z supermarketów. Polska w długi weekend – odpada. Trzeba pojechać choć kawałek dalej. Zrobimy sobie procesję w Niżnych Tatrach, które są po Tatrach drugim największym pasmem górskim na Słowacji. Mamy więc określone wszystkie trzy elementy fabuły – wiemy kto, kiedy i gdzie.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Niżne Tatry
Słowacja

Zobacz też