Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Śląski / Skrzyczne i Klimczok

Powrót do przeszłości

NPM 8/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Daniel Przewoźny
(fot. Daniel Przewoźny)
Kiedyś nie lubiłem wracać w te same miejsca. Dusza odkrywcy i podróżnika prowadziła mnie zawsze w nieznane, coraz wyżej. W pewnym momencie życia priorytetem stały się Tatry czy Dolomity.  Mówiłem nawet, że w Beskidy, od których wszystko się zaczęło, wrócę dopiero, by pokazać je moim dzieciom. Ani się człowiek obejrzał, aż przyszedł właśnie ten moment.

Planując wyjazd z dziećmi, doszedłem do wniosku, że to będzie idealna okazja, by pokazać Beskid Śląski moim synom. A że kiedyś ciągnęło mnie w stronę Szczyrku, to wyjazd na Skrzyczne i Klimczok jest idealnym pomysłem na powrót do przeszłości.
Dojeżdżając w Beskid Śląski, trudno nie rozpoznać najwyższego szczytu w okolicy. Skrzyczne (1257 m n.p.m.) jest dobrze widoczne z kilku perspektyw. W orientacji pomaga charakterystyczny przekaźnik RTV, który rzuca się w oczy już ze sporej odległości. Większość turystów zdobywa oczywiście tę górę ze Szczyrku, 90 procent wjeżdża wyciągiem krzesełkowym, nieliczni wchodzą pieszo. Wczesną wiosną pokonałem ten szlak wraz z moimi dwoma synami – 11-letnim Frankiem i 8-letnim Wojtkiem.
Teraz zaczyna się lato i wracamy w te góry już tylko w duecie z Frankiem. Postanawiamy ruszyć mniej znanym i rzadko uczęszczanym czerwonym szlakiem z Buczkowic. Nie szedłem tędy wcześniej, więc przy okazji wędrówki z synem poznam coś nowego.

Po drugiej stronie góry
Po kilku godzinach podróży samochodem jesteśmy na miejscu. Buczkowice to mała mieścina żyjąca w swoim spokojnym tempie. Tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Trudno zlokalizować nawet samo centrum. Nie ma rynku, ani głównego miejsca spotkań tutejszych mieszkańców. Dlatego szybko odnajdujemy Urząd Gminy, a przy nim szlak czerwony.
– Tata, na szczyt tylko trzy godziny – z dumą informuje Franek. Jego optymizm dobrze nastraja przed dwoma dniami wędrówki.
Kierujemy się w kierunku kościoła, za którym skręcamy w lewo. Po kilku minutach asfalt zmienia się w leśny trakt. Idziemy samotnie, wsłuchując się w ciszę otaczającego nas lasu. Szlak jest dobrze oznaczony i wydeptany. Prowadzi nas górskim zboczem góry Skalite (863 m n.p.m.). Kojarzycie tę nazwę? Słusznie, bo pod nami znajduje się znany kompleks skoczni narciarskich.
Pierwsze zawody odbyły się tu w walentynki 1937 roku, choć pewnie wtedy jeszcze nikt tak 14 lutego nie nazywał. Turniej zorganizował pobliski klub WKS Bielsko-Biała. Pierwsi skoczkowie osiągali tu odległości rzędu około 40 metrów, dopiero po drugiej wojnie światowej obiekt po raz pierwszy zmodernizowano i skoki były już prawie dwa razy dłuższe. 40 lat temu obiekt przebudowano na wzór słynnej skoczni olimpijskiej w Holmenkollen. Rekord skoczni wynosił wówczas 86,5 metra i dzierżył go niejaki Axel Zitzmann z ówczesnej NRD.
W XXI wieku kompleks przebudowano na fali panującej w Polsce małyszomanii. Dziś tworzą go trzy skocznie. I jesteście w błędzie, jeśli myślicie, że rekordzistą na tej największej jest Adam Małysz, Kamil Stoch albo Piotr Żyła. 1 marca 2011 roku Krzysztof Leja skoczył na Skalitem 116 metrów, ale kariery w sporcie nie zrobił. Pół roku później odbyły się tu zawody Letniego Grand Prix w ramach Lotos Poland Tour. Ich zwycięzcą został znany Austriak Thomas Morgenstern.
Ale zostawmy skocznie, bo w oddali słychać zgiełk wioski Godziszka. W pewnym momencie słyszymy dziwne szelesty. Franek przestraszył się nie na żarty.
– Tato, może to niedźwiedź – mówi z lekkim przerażeniem.
Myślicie, że to dziecięca fantazja? Nic bardziej mylnego. W listopadzie 2018 roku zamontowane w tym rejonie przez leśników tzw. fotopułapki uchwyciły niedźwiedzia brunatnego, a także wilki i rysie. Aż trudno uwierzyć, że populacja drapieżników w Beskidzie Śląskim się odradza. Trzeba więc uważać, aby nie spotkać się oko w oko z wielkim misiem. Ale po chwili nasza zagadka się rozwiązuje. Spotykamy dwóch drwali i konia, który ściąga drewno do wioski. Żal nam się zrobiło zwierzaka, który przeciskał się między drzewami po stromym zboczu.
– Czy nie ma innego sposobu, żeby zwozić drewno na dół? – pytam drwali, widząc smutną minę Franka.
– Koń to koń – odpowiedzieli filozoficznie.
Z pewnym niesmakiem ruszamy dalej.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też