Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Flesz |

Poszukiwacz z Narnii

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Redakcja n.p.m.
Efektowne kaskady Kamieńczyka skutecznie przyciągają turystów (fot. Michał Parwa)
Nie sposób go przeoczyć, wędrując na Szrenicę. Tuż obok czerwonego szlaku, u podnóży schroniska Kamieńczyk, pianę toczy jedna z najpiękniejszych wizytówek Karkonoszy. Mało tego, Wodospad Kamieńczyka nie ma sobie równych w polskich Sudetach.

Trzystopniowa kaskada o wysokości 27 metrów czyni go najwyższym w całym paśmie. Hektolitry wody skrywają tzw. Złotą Jamę, niewielką jaskinię sztucznie wykutą przez Walończyków. Do dziś podobno można w niej znaleźć skarby w postaci ametystów i pegmatytu. Aby wodospad nie stracił swych walorów, jeszcze przed II wojną światową nadano mu status pomnika przyrody, a obecnie stanowi on obszar ochrony ścisłej.
Dla młodszych adeptów turystyki dotarcie pod skały może być atrakcją samą w sobie. Po wykupieniu biletu otrzymujemy kask i możliwość pokonania stromych metalowych stopni oraz licznych kratownic, na których daje o sobie znać lęk wysokości. Nikogo zatem nie powinno dziwić zainteresowanie tym miejscem ze strony filmowców. Całe otoczenie odegrało rolę w ekranizacji powieści C. S. Lewisa pt. „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.
Być może twórców przyciągnęła znana legenda opisująca powstanie kaskad? Otóż kamieńczykami nazywano niegdyś krążących po Karkonoszach poszukiwaczy skarbów. Jeden z nich, drwal imieniem Bronisz, ruszył pomiędzy rozpadliny śladem drogocennych kamieni, aby ratować matkę chorującą w biedzie. Dotarł do źródeł Łaby, gdzie spotkała go miłość rusałki Łabudy. Niewiasta oddała mu swoje klejnoty w nadziei, że Bronisz wróci i spędzi z nią resztę dni. Tak oto dzielny kamieńczyk ruszył w dół, przyrzekając Łabudzie powrót. Rusałka czekała, dni mijały, aż w końcu postanowiła poszukać lubego. Poddała się wyrokowi, bowiem zejście poniżej kosówki oznaczało dla niej zmianę w kobietę śmiertelną. Wreszcie, nad kamiennym urwiskiem, spostrzegła zakrwawione ciało Bronisza. Drwal upadł, pędząc do swej ukochanej. Ona wówczas także oderwała się od skały, uświadamiając sobie, że teraz wreszcie będą razem. Gdy wieść ta dotarła do siedmiu sióstr rusałki na Halę Szrenicką, te w żalu zaczęły opłakiwać Łabudę. A ich łzy wciąż płyną po trzech kaskadach.
Michał Parwa

------------------------

Wieża wyższa od góry

750metrów nad poziomem morza. Na takiej mniej więcej wysokości żyją na co dzień mieszkańcy podzakopiańskiego Poronina. Natomiast w Górach Łużyckich, leżących na granicy Republiki Czeskiej i Republiki Federalnej Niemiec, taka wysokość to już naprawdę coś. Tyle bowiem mierzy góra nazywana przez Czechów Hvozd, a przez Niemców Hochwald (pol. Wysoki Las). Na jej zalesiony, ale na szczęście płaski i dość rozległy szczyt można wejść sześcioma różnymi wariantami znakowanych szlaków. Co ciekawe, ma ona dwa wierzchołki. Turysta, który wdrapie się na szczyt od czeskiej strony, czyli czerwonym lub zielonym szlakiem wiodącymi na górę od zachodu, na pewno zwróci uwagę na pewną osobliwość. Otóż na samym szczycie Hochwaldu znajduje się niemiecka restauracja, której taras stanowi wyśmienity punkt widokowy. Tyle że sam taras przedzielony jest granicą państwową. Gospodarze restauracji ustawiają stoły na tarasie tak, aby granica przechodziła ich środkiem.
Zupełnie inaczej góra ta prezentuje się wędrowcom podążającym od północy, czyli od strony niemieckiej. Dla nich największą – dosłownie – atrakcją szczytu jest kamienna wieża widokowa. Wzniesiono ją kilkaset metrów od szczytowej restauracji, na północnej, niższej kulminacji góry, tak że sięga wyżej niż korony drzew. Oprócz szczytowego tarasu ma ona także cztery balkony. Pod wieżą, a jakże, stanęła druga na tym szczycie gospoda, nosząca nazwę Hochwald-Turmbaude.
Gdy pierwszy raz w życiu wędrowałem przez Góry Łużyckie, nic nie wiedziałem na ich temat. Było pochmurnie, prawie mglisto. Zza chmur wyłoniła się jakaś ciemna, posępna góra. Uznałem, że to nic ciekawego i że nie ma po co się na nią pchać. Szybko minąłem ją dołem. Dziś już wiem, że było czego żałować.
Tomasz Rzeczycki


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.