Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Narodowa Zimowa Wyprawa na K2

Porażki nie będzie

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
K2 (8611 m n.p.m.) (fot. Hanna Piotrowska)
Z Januszem Gołąbem, kierownikiem sportowym wyprawy na K2, rozmawia Dorota Rakowicz    

Rozmawiamy podczas Krakowskiego Festiwalu Górskiego, niecały miesiąc przez Waszym wylotem w Karakorum. Jak idą przygotowania na ostatniej prostej?
 
Jesteśmy na ostatnim etapie. Jeśli chodzi o całą logistykę, to zaniesiono już sporo rzeczy do samej bazy pod K2. To jest ta część ekwipunku, którą zgromadziła na miejscu nasza agencja w Pakistanie. Ale oczywiście to nie jest wszystko, bo sporo rzeczy zabieramy z kraju. W pierwszym tygodniu grudnia pakujemy cargo, które znajdzie się w bazie już razem z nami. Jeśli chodzi o kondycyjne przygotowanie ekipy, to na kilka tygodni czy dni, nic już się nie da wytrenować. Teraz już tylko pracujemy nad utrzymaniem formy.
 
O formę trzeba dbać
 
Jak to wygląda w praktyce?
 
Każdy z nas trenuje indywidualnie. Ja na przykład pracuję nad masą (śmiech). Sugerowano mi przytycie 10 kilogramów, jestem w tej chwili sześć na plus (stan na 3 grudnia – red.). Cały czas jesteśmy też w kontakcie z dietetyczką, która nam na ostatnim etapie przygotowań bardzo pomaga. A że zostało bardzo mało czasu, więc będziemy próbowali działać jeszcze suplementami. Ale dieta i kondycja to nie wszystko. Spędzamy na przykład noc w specjalnej komorze hipoksji, imitującej warunki wysokogórskie. Wytwarza się w niej sztuczną atmosferę, różniącą się od tej normalnej obniżoną zawartością tlenu. Spałem więc na nizinach w Krakowie, ale tak naprawdę na wysokości 4500 m n.p.m. Do tego przeprowadziłem też dwa treningi interwałowe. Jestem pewien, że wszyscy uczestnicy wyprawy będą doskonale do niej przygotowani.
 
Krzysztof Wielicki żartuje, że młodzi chcą teraz wziąć do bazy rowerek, żeby dbać o formę. To jest pomysł wart rozważenia?
 
Jestem za takim stacjonarnym rowerkiem, bo utrzymanie formy w bazie na podstawowym poziomie jest bardzo ważne. Pamiętam 2012 rok, gdy wchodziliśmy na Gaszerbrum I. Miesiąc siedzieliśmy w bazie, pilnując, by namiot nam nie odfrunął. Kiedy ruszaliśmy w górę, były pewne problemy, bo „nogi przestały podawać”. Dlatego taki rowerek jest bardzo ważny.
 
Jakie są nastroje w ekipie?
 
Bardzo różne. Za siebie mogę powiedzieć, że chciałbym być już na miejscu, móc działać i się wspinać. Ale generalnie wydaje mi się, że nastroje są pozytywne. Trzeba mieć świadomość, że każdy inaczej widzi szanse wejścia na wierzchołek. Mnie też często ludzie pytają, na ile procentowo oceniam nasze możliwości. Tymczasem ja nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć czy jest 90 procent czy 50 procent szans na sukces. Po prostu albo wejdziemy albo nie wejdziemy - to będzie albo 100 procent albo 0. Taki jest alpinizm, takie są góry.
 
Ale presja, by to właśnie Polacy zdobyli zimą K2, jest silna.  
 
Uważam, że jeżeli wyprawa nie odniesie sukcesu to i tak nie będzie to nasza porażka. Zbierzemy ogromny bagaż doświadczeń, który na pewno w przyszłości zaprocentuje. Rozmawiałem z Alexem Txikonem (baskijski, zimowy zdobywca Nangi Parbat – red.), który powiedział mi, że jego zdaniem, by zdobyć K2 zimą, prawdopodobnie potrzebne są dwie wyprawy. Może ma rację. Ale jesteśmy zwartym zespołem i wiadomo, że jeśli warunki będą odpowiednie, zrobimy wszystko, by szczyt zdobyć. 
 
Dwóch kierowników, ale jedna decyzja
 
 
Chyba po raz pierwszy na polskiej wyprawie będzie dwóch kierowników. Krzysiek Wielicki jest przestawiany jako kierownik wyprawy, a Ty jako kierownik sportowy. Na czym będzie polegała Wasza rola? 
 
Krzysiek nie jest już dziś tak aktywnym wspinaczem. Dlatego potrzebna była osoba, która będzie również działać powyżej bazy. Moim zadaniem będzie między innymi dokładne przyglądanie się temu, jak poszczególni uczestnicy radza sobie w wyższych partiach. I na tej podstawie będziemy razem z Krzyśkiem podejmowali decyzje, w jakim składzie i kiedy działać będą poszczególne zespoły. 
 
Czujesz tremę?
 
Podchodzę do tego ze spokojem. Każdy z zawodników, który jedzie z nami, to są doświadczeni alpiniści i wspinacze, którzy mają swój bagaż doświadczeń, pozwalający na uczestnictwo w takiej wyprawie. To co mnie niepokoi, to pierwszy etap wyprawy, a więc samo dotarcie do bazy. Nie ma tu jeszcze jako takiego wspinania, ale logistycznie jest to bardzo skomplikowane. Wystarczy przypomnieć pierwszą, polską zimową wyprawę na K2 pod kierownictwem Andrzeja Zawady (1987 roku - red.). Mimo jesiennej karawany, pojawiły się już takie komplikacje, że część ładunków została porzucona po drodze i nigdy nie dotarła do bazy. Dlatego moje wszystkie obawy są skupione właśnie na tym etapie.
 
 
Wybór drogi
 
Zdecydowaliście się działać na drodze Basków. Dlaczego akurat ten wariant?
 
Rozważaliśmy dwie możliwości: wejście Żebrem Abruzzi albo Drogą Basków. Ja mam porównanie, bo wspinałem się Żebrem Abruzzi w 2014 roku, kiedy stanęliśmy na szczycie razem z Marcinem Kaczkanem. W tym roku z Andrzejem Bargielem działaliśmy na Drodze Basków i wydaje mi się, że zimą to właśnie ona jest optymalna. Decyduje przede wszystkim jej położenie, ona po prostu znajduje się dużo bliżej bazy. Podejście pod nią zajmuje tylko około 45 minut, a pod Żebro Abruzzi - trzy godziny. Droga Basków jest też o wiele szybsza, zmierza niemalże prostą linią do wierzchołka. Na dodatek techniczne trudności kończą się na niej dużo niżej niż na Żebrze Abruzzi, gdzie ciągną się one aż do Czarnej Piramidy na wysokość około 7400 m n.p.m. Na drodze Basków zasadnicze trudności występują do wysokości 6500 m, potem pojawiają się już tylko w formie progów skalnych. Nie ma jednak aż tak eksponowanych miejsc jak na Żebrze Abruzzi. Niżej będzie więc technicznie, a czym wyżej to łatwiej. Po dotarciu na ramię K2 na wysokości 7800 m, te drogi się łączą i pozostaje kopuła szczytowa. 
 
Wasza wyprawa jest wyjątkowo liczna jak na ekspedycje organizowane w ostatnich latach w Himalaje. Z czego to wynika?
 
Trochę jest tak, że im więcej ludzi, tym więcej szans. Ktoś może zachorować, ktoś doznać kontuzji i już zespół by się kurczył. Tymczasem prawdopodobieństwo, że takie rzeczy będą miały miejsce, jest spore. Pamiętam zimową wyprawę Andrzeja Zawady na Nanga Parbat, kiedy a to ktoś się odmroził, a ktoś pochorował. Ja w tym roku przecież sam zachorowałem w bazie pod K2 i już nie byłem w stanie wrócić do formy. Dlatego duża ekipa zwiększa szansę na realizację celu. 
 
Pozostaje nam zatem tylko trzymać kciuki.
 
Dzięki! 

 
W numerze także artykuł o zimowych wyprawach na K2.

Nie za cenę życia

Jeszcze na początku lat 70. nikt nie wierzył, że możliwe jest zdobywanie ośmiotysięczników zimą. Nikt, poza Andrzejem Zawadą. Jego wizjonerski i szalony pomysł, kontynuowany przez kolejne pokolenia, pozwolił Polakom stanąć zimą, jako pierwszym ludziom na świecie, na 10 z 14 ośmiotysięczników.
Zostało tylko K2. 

W 1986 roku Andrzej Zawada w swoim artykule „Zima na 7000. O Noszaku” pisał: „Wspinanie zimą sprawia mi największą satysfakcję, dlatego właśnie, że podnosi skalę trudności, że wymaga od alpinisty tak wiele. Jest kolejnym stopniem w sprawdzaniu ludzkich możliwości. Wydaje mi się, że tu leży przyszłość wyczynowego himalaizmu – robić najtrudniejsze drogi, w najtrudniejszych warunkach!”
13 lutego 1973 roku Zawada stanął na Noszaku (7492 m n.p.m.) razem z Tadeuszem Piotrowskim. Od tej wyprawy na siedmiotysięcznik rozpoczęła się era zimowej eksploracji gór wysokich. 
1987
Kiedy jesienią 1987 roku w stronę bazy pod K2 wyrusza karawana ponad 700 tragarzy, Polacy mają już na swoim koncie zdobycie zimą sześciu ośmiotysięczników: Mount Everestu, Manaslu, Dhaulagiri, Czo Oju, Kanczendzongi i Annapurny.
O drugim najwyższym szczycie świata Zawada marzy od kilku lat, jednak do organizacji pierwszej zimowej wyprawy w Karakorum potrzeba znacznych środków finansowych, których Polacy nie mają. Pod K2 (8611 m n.p.m.) wyruszają więc wspólnie Brytyjczycy, Kanadyjczycy i, oczywiście, skład z Polski: Maciej Berbeka, Maciej Pawlikowski, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, Alek Lwow, Eugeniusz Chrobak, Bogdan Jankowski, Zygmunt A. Heinrich, Mirosław Dąsal, Paweł Kubalski i lekarz Michał Tokarzewski. Silny skład może jednak nie wystarczyć, od samego początku widać, że ten ośmiotysięcznik nie podda się łatwo. 
– My wiedzieliśmy, że zimą dotrzeć do bazy tak dużą karawaną z ponad 400 ładunkami będzie bardzo trudno – wspomina dziś Leszek Cichy i tłumaczy, z czego wynikały problemy wyprawy: – Latem przejście przez lodowiec Baltoro do bazy zabiera dwa, trzy dni, a zimą – co najmniej dwukrotnie dłużej. Trzeba więc mieć naprawdę pełne wyposażenie. Nie wystarczy dać tragarzom trampki i płachty biwakowe, tak jak robiło się to latem. Wszyscy muszą być wyposażeni tak jak my. W związku z tym, żeby nie mnożyć kosztów, karawana została wysłana już we wrześniu. Jednak w połowie drogi spadł w nocy duży śnieg i okazało się, że większość naszych bagaży tam po prostu została, a tragarze wrócili na dół.
Gdy więc wyprawa pod koniec jesieni dotarła na miejsce, wynajęła 60 tragarzy i zaczęła powoli transportować kolejne ładunki, rozpoczynając od najpotrzebniejszych. Ale mimo usilnych starań, nie udało się wszystkiego odpowiednio rozplanować i co chwilę okazywało się, że czegoś brakuje.
– Gdyby nie łączność radiowa i uzyskanie zgody, żeby wojskowy helikopter pomógł nam przetransportować kluczowe rzeczy, jak na przykład paliwo, to nie wiem, co by było – wspomina himalaista. 
Krzysztof Wielicki, inny z uczestników tej wyprawy, tak wspomina z humorem próbę zdobycia K2 sprzed 40 lat: – Dzięki temu, że byli z nami Brytyjczycy i Kanadyjczycy, była to wyprawa na bogato. Tylko oni kręcili nosem na nasze jedzenie. To było bowiem po katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu, więc patrzyli na nasze dżemy nieufnie (śmiech). Ale w końcu i oni się nimi zajadali, bo ile mogli jeść to swoje sztuczne jedzenie – opowiadał himalaista podczas Krakowskiego Festiwalu Górskiego. A już na poważniewskazał podstawowy błąd tej wyprawy: – Trwała zbyt długo. Ja spędziłem w bazie 85 dni. Ludzie już głupieli. 
Jak ta „głupota” się objawiała? Wielicki wspomina między innymi Macieja Berbekę, już wtedy zimowego zdobywcę Manaslu, który chodził przez kilka godzin wokół bazy i śpiewał „My name is Luka”, słynny wtedy przebój amerykańskiej piosenkarki Suzanne Vega. Z kolei Zygmunt Heinrich jeździł przez cały dzień na nartach: 100 metrów w przód i 100 metrów w tył. – To już znaczyło, że czas kończyć wyprawę – podsumował Wielicki. 
Podobnie wspomina tę wyprawę partner Krzysztofa Wielickiego z zimowego Mount Everestu (1980), Leszek Cichy: – Spędziliśmy w bazie równe trzy miesiące. To była jedna z moich najdłuższych wypraw. Pocieszające pod kątem tegorocznej ekspedycji jest to, że my wtedy nie mieliśmy tak dobrych prognoz pogody, jakimi dysponują himalaiści dziś. Nie wiedzieliśmy, czy poprawa pogody nastąpiła na jeden dzień, czy na trzy. Trudno nam było ocenić szansę na atak szczytowy, bo nie wiedzieliśmy, ile tej dobrej pogody mamy. 
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też