Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Główny Szlak Sudecki

Ponad pół tysiąca kilometrów w śniegu i upale

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Robert Gosiewski
(fot. Robert Gosiewski)
Nie wybrałem się na Główny Szlak Sudecki jako cierpiętnik i nie miałem zamiaru się nim stać. Wyszedłem na niego, by w ciszy i spokoju wędrować przed siebie i w głąb siebie, cieszyć się samotnością i wybuchającym życiem nowego cyklu natury.

Uważam, że poznawanie świata powinno się zacząć od poznania swojego podwórka. Dopiero potem warto otworzyć furtkę, poszerzając swój horyzont. Zdecydowaną wadą takiego podejścia jest fakt, iż zajmuje to dużo czasu. Unika się jednak pułapek nieciągłości doświadczania, które bywają czasami niebezpieczne, niczym szczeliny lodowca, gdy próbuje pokonać się je bez odpowiedniego przygotowania.
Stanąłem więc niedawno przed dwiema furtkami, prowadzącymi do kolejnego poziomu. Na jednej widniała tabliczka z trzema wielkimi literami „GSB” (Główny Szlak Beskidzki), natomiast drugą zdobił szyld „GSS” (Główny Szlak Sudecki). Zarośnięta ścieżka, która wiodła do tej drugiej, w przeciwieństwie do wydeptanego traktu do pierwszej, zdecydowanie bardziej mnie pociągała. Dlatego też wybór mógł być tylko jeden: Główny Szlak Sudecki imienia doktora Mieczysława Orłowicza
Jest on drugim co do długości, a także popularności, szlakiem długodystansowym w Polsce. Liczy około 440 kilometrów, a czas jego przejścia jest już bardzo indywidualną sprawą i wypadkową wielu okoliczności. W zasadzie jego długość również jest kwestią względną, ja przeszedłem łącznie 524 kilometry. Szlak początkowo kończył się w Paczkowie, lecz w 2000 roku został przedłużony do Prudnika, by włączyć do niego Góry Opawskie. Przedłużenie to traktowane jest dwuznacznie: są jego zwolennicy, są również kontestatorzy, lecz rzeczą niepodważalną jest, że owa proteza została zatwierdzona przez Komisję Turystyki Górskiej ZG PTTK.
Trochę strumieni, trochę bagien
Pięknego, choć mglistego poranka stanąłem wczesną wiosną na początku Głównego Szlaku Sudeckiego w Świeradowie-Zdroju. Świadczyło o tym małe, białe kółeczko z czerwoną kropką pośrodku, umieszczone na jednym z drzew przy dworcu autobusowym.
– Trochę słabo – myślałem sobie. Całe szczęście, że 300 metrów dalej, do kamiennego tarasu Domu Zdrojowego przytwierdzona jest marmurowa tablica z 1981 roku, upamiętniająca setną rocznicę urodzin doktora Orłowicza. I to właśnie tu sam Doktor zerka teraz na nas.
Słońce zaczęło coraz silniej operować przez mgły, więc to najlepszy czas na szybki przepak, by mieć komfort termiczny przy zwiększonym wysiłku fizycznym. Czy wspomniałem już, że postanowiłem ten szlak zrobić w stylu old school, czyli z zasobnikiem o wadze 20-25 kilogramów, zawierającym wszystko, co konieczne do przeżycia przez co najmniej dwie doby w strefach od równikowej do subpolarnej? Nie? Wspominam więc teraz. Dlatego też wydarzenia kolejnych dni, mimo że nie brałem możliwości ich realnego wystąpienia pod uwagę, nie zaskoczyły mnie.
Przepak. Założenia były szczytne, a pierwsze kilometry i tak zostały zalane litrami zimowego potu. Okulary przeciwsłoneczne skrzyły się smugami tłustych zacieków, niemożliwymi do usunięcia zapoconymi dłońmi i mokrą od potu odzieżą. Przeszkadzało mi to początkowo bardzo, jeszcze podczas wchodzenia na Stóg Izerski (1105 m n.p.m.).
Ale później, kiedy skończyłem przedzierać się przez ciężki, wiosenny śnieg, sięgający kolan, i dzielnie wkroczyłem na teren torfowisk Gór Izerskich – nie miało to już znaczenia. Teraz martwiłem się głównie tym, by na szlaku… nie utonąć. Pomysł wybrania się na ten spacer wczesną wiosną był doskonały (choć nie przypominam sobie, żebym w tamtych chwilach dokładnie tak myślał), ponieważ w innym czasie ominęłaby mnie rozkosz brodzenia przez 15 kilometrów w okresowych strumieniach, sięgających połowy łydki, lub zapadania się w aromatyczne bagno po uda. Pomysł ten zresztą chwaliłem sobie jeszcze wielokrotnie tamtego dnia i kolejnych kilku śpiewem na ustach i najsłodszymi słowy… Do Szklarskiej Poręby dotarłem pod wieczór, ciągnąc za sobą po asfalcie wilgotne ślady śluzu i szlamu jak ślimak – rześkim krokiem także przypominając ślimaka.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też