Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Polskie Lagodekhi

NPM 8/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Konrad Tulej
Szczęśliwi i… zmoczeni u celu trekkingu (fot. Konrad Tulej)
Giorgi Shengelia, znajomy alpinista gruziński, kiedy usłyszał, że wybieramy się do Lagodekhi, powiedział: „Musicie zobaczyć jezioro Khala-Khel oraz piękne wodospady Gurgeniani”. Zbędny sprzęt wspinaczkowy zostawiliśmy u przyjaciół w Tbilisi. Zabraliśmy tylko kije trekkingowe. Dziś już wiemy, że na tę górską wycieczkę należało zabrać maczetę i wodery.

Kaukaz odwiedzamy od czterech lat. Za każdym razem odkrywamy piękno, różnorodność i dzikość tego rejonu. Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy przez Gruzję do Azerbejdżanu w 2011 roku, minęliśmy Lagodekhi (czytaj Lagodechi) – małe miasteczko położone u podnóża Wielkiego Kaukazu. Z informacji, jakie udało się nam zebrać o tym kraju, wiedzieliśmy, że właśnie tutaj rodacy pozostawili po sobie historyczne ślady. Przyrzekliśmy sobie wówczas, że kiedyś odwiedzimy potomków Wielengórskich, Młokosiewiczów, Tyszkiewiczów, Jastrzębskich czy Cybulskich. Ten cel udał się wreszcie podczas ostatniego lata.

Najkrótszy autostop w życiu
Jesteśmy w Kachetii – krainie płodności i wina. Idziemy asfaltowymi uliczkami pośród aktinidii rodzących dorodne owoce kiwi, granatowców, hurmy kaukaskiej i palm bananowych. Umiarkowany wilgotny klimat subtropikalny z wybijającymi górskimi potokami: Ninoskhevi, Shromiskhevi i Lagodekhiskhevi, sprawiają, że przyroda bucha tu bogactwem. Zapach słodkości i widok Wielkiego Kaukazu napawają nas optymizmem.
Po 10 minutach marszu od centrum miasteczka, z pełnymi plecakami, docieramy pod adres 20 Tsereteli Street, pod którym znajduje się Dom Polski, prowadzony przez Jerzego i Zofię Ciemnołońskich. Naszym oczom zamiast flagi polskiej ukazuje się tabliczka „Travel Agency Tamada
Tour”. Krążymy chwilę, dzwonimy, czekamy. Po chwili wychodzi jakaś pani. Rzuca w naszą stronę:
– Pana nie ma – po czym obraca się na pięcie i znika w budynku.
Liczyliśmy na spotkanie z rodakiem, a czujemy się jak niechciani goście, którzy pojawiają się na progu domu bez zapowiedzi… Z poczuciem zniesmaczenia i rozczarowania ruszamy w stronę głównego wejścia do Rezerwatu Narodowego.
Nagle na drodze od strony centrum miasta pojawia się pickup z logotypem Rezerwatu Narodowego Lagodekhi. Zatrzymuje się i wysiada z niego mężczyzna ubrany w uniform w kolorze khaki.
– Jestem Park Ranger. Idziecie do parku? – pyta strażnik z uśmiechem na twarzy.
Krótkie „tak” i nasze plecaki lądują na pace, a my we troje umiejscawiamy się w szoferce obok kierowcy. Po przejechaniu 500 metrów strażnik nagle się zatrzymuje i... z dumą oznajmia, że już dojechaliśmy. To najkrótszy autostop w naszym życiu.
Ranger z rewerencją prowadzi nas do budynku administracyjnego, gdzie znajdują się eksponaty lokalnej fauny i flory. Otrzymujemy mapkę, rejestrujemy się, a sympatyczna pani w biurze kasuje z naszych portfeli 25 lari za nocleg na
terenie parku. Wszyscy są mili, cieszą się z naszych odwiedzin, choć podskórnie czuję, że bardziej cieszą się z pieniędzy niż z faktycznej naszej obecności.
Nadal w asyście strażnika udajemy się na miejsce, gdzie możemy rozbić namiot. I tu nie jest nam do śmiechu. Nagle, jak spod ziemi, wyskakuje suka i rzuca się w stronę Mikołaja. Całe zdarzenie trwa ułamki sekund. Stoimy jak wryci. Mikołaj instynktownie rzuca przed siebie karimaty, które niósł. Pies chwilę gryzie i tak już wysłużone podróżnicze łóżka i wraca do nory, gdzie… skomlą psiaki. Szerokim łukiem omijamy legowisko, a strażnik szybko pokazuje nam miejsce na biwak i nieco zmieszany wraca do swoich obowiązków.
Powoli opadają emocje. Stawiamy namiot i ostrożnie zwiedzamy okolicę. Przy wejściu do budynku znajdujemy tablicę. Napis w dwóch językach: polskim i gruzińskim, głosi: „Ludwik Młokosiewicz (1831-1909), polski przyrodnik, założyciel rezerwatu Lagodechi”.
Syn Franciszka Młokosiewicza i Anny z Janikowskich Młokosiewiczów trafił na Kaukaz jako żołnierz Imperium Rosyjskiego. W Lagodekhi urządził park garnizonowy, na który składają się liczne odmiany magnolii i rododendronów oraz brzóz specjalnie przesadzonych z wyższych partii gór. Oskarżony o szpiegostwo i podżeganie do buntu został zesłany karnie do Woroneża. Po sześciu latach zrehabilitowany wrócił do Lagodekhi, gdzie założył dendrarium – w sumie ponad 1200 drzew z całego świata. Prowadził badania przyrodnicze finansowane w części przez Aleksandra i Konstantego Branickich. Dostarczał zagranicznym muzeom okazy botaniczne i zoologiczne. Ludwik Młokosiewicz zapisał się na stałe nie tylko w historii Gruzji, ale zostawił też po sobie ślad w systematyce organizmów. Jego nazwisko do dziś noszą cietrzew kaukaski (Tetrao mlokosiewiczi) oraz piwonia Młokosiewicza (Paeonia mlokosewitschii).

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też