Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Policyjna góra

NPM 7/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Nic tylko lasy i pola, czyli widok z Przełęczy Huciańskiej (645 m n.p.m.) na północ (Fot. Tomasz Dębiec)
Lackowa z racji swej wysokości (997 m n.p.m.) nazywana jest policyjną górą. I choć niewysoka, to znajduje się na liście szczytów, tworzących Koronę Gór Polski. Jest bowiem najwyższym punktem polskiej części Beskidu Niskiego. Te łagodne góry poznałem niemal na wskroś dawno temu. Niemal, bo zdobycie Lackowej zostawiłem sobie na deser.

Mówienie o „zdobywaniu” w kontekście wzniesień Beskidu Niskiego jest bardzo przesadzone, nawet w przypadku ich najwyższego szczytu. Bo tu nieważna jest wysokość czy spektakularne przewyższenia. Liczy się specyficzna atmosfera tego zakątka Polski, trudna do opisania, a nawet sfotografowania malowniczość, możliwość całodziennego wędrowania w zupełnej samotności, cisza i wszechogarniający spokój. Czas się tu nie zatrzymał, jak pewnie wielu chciałoby, ale mimo to Beskid Niski nadal ma siłę przyciągania.

Dzikości brak
– Wędrówka, która ograniczałaby się do wejścia na Lackową, nie ma sensu – rozmyślam pochylony nad mapą Beskidu Niskiego.
Trzeba dorzucić kilka atrakcji, wtedy wycieczka będzie ciekawsza. Poza tym, żeby poczuć ten specyficzny rodzaj satysfakcji, który dopada nas po całodziennej wyrypie w górach, trzeba się najzwyczajniej w świecie zmęczyć. Tak, to jest dowiedzione naukowo. Wysiłek fizyczny prowadzi do wydzielania hormonów szczęścia – endorfin. Zaczynam rozumieć, skąd tylu ludzi na szlakach.
Początek trasy oznaczam w Wysowej-Zdroju. To niewielkie uzdrowisko w zachodniej części Beskidu Niskiego tuż przy granicy ze Słowacją. Jest środek tygodnia, więc atmosfera wyjątkowo senna. Jadąc główną drogą, mijam zaledwie dwóch kuracjuszy i ekipę budowlaną, remontującą ogrodzenie. Nie zdążę nawet dobrze się rozejrzeć, gdy po chwili znajduję się na drugim końcu Wysowej-Zdroju. Rzucam okiem na mapę i ostatecznie wybieram miejsce, z którego najwygodniej się udać na wycieczkę. Parkuję przy kościele i ruszam asfaltową drogą wzdłuż potoku, który zupełnie niknie wśród kamieni, zalegających dno wyregulowanego koryta.
– To właśnie koniec dzikości – myślę, obserwując dno potoku.
Zamiast naturalnych meandrów, progów skalnych, rozlewisk widzę tu klasyczne, sztuczne koryto. Wprawdzie z kamieni, ale niemiłosiernie regularne i kwadratowe. Z tym nie kojarzył mi się Beskid Niski. Mijam liczne nowo wybudowane domy. Przed jednym z nich wygrzewa się na ławce gospodarz, siedzący w bezruchu i z gołym brzuchem. Podziwia samochód zaparkowany na podjeździe – nie nowy, ale za to niemiecki. Sielanka.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Beskid Niski
Polska

Zobacz też