Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Gruzja

Polak ranny, ratownicy bimber piją

NPM 11/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorian Gutowski
Jej wysokość Uszba w pełnej okazałości (fot. Dorian Gutowski i Paweł Pieńkowski)
Nie wsiadaj do busa, który nie ma pękniętej przedniej szyby, bo to oznacza, że jego kierowca jest nowy i niedoświadczony – tak brzmiała pierwsza rada, jaką dostałem po przyjeździe do Gruzji. Na szczęście nasz bus ma pokaźną kolekcję zarysowań i stłuczeń. Kierowca jedzie z werwą i pewnością siebie. Nie używa hamulców ani kierunkowskazów. Na pełnym gazie mija siedzące na środku drogi krowy, beznamiętnie zerkające na pędzące auta.

Jedziemy do Mestii. Droga wiedzie przez przepiękne, gigantyczne doliny, wije się serpentynami nad kilkusetmetrowymi urwiskami. Podróżujemy we troje: Agnieszka – prawniczka z Jeleniej Góry, zdobywała szczyty w Alpach, Pamirze i Andach; Paweł – informatyk z Krakowa, jedzie w Kaukaz po raz czwarty, i ja, który mam za sobą wspinaczkę w Dolomitach i zdobycie Matterhornu. Pierwszy raz czekają mnie góry tak wysokie i wymagające.
Kierowca robi częste przystanki w rozmaitych miejscach. Odbiera przesyłki lub ucina sobie pogawędki ze znajomymi. Niekiedy zatrzymuje się, by pokazać ładny widok. Obowiązkowe postoje czekają nas przy każdym przydrożnym sklepie. To pierwszy dzień w tym dziwnym, obcym kraju, o którego mieszkańcach i kulturze nie wiemy wiele. Jeszcze nie rozumiemy, że Gruzinom nigdy i nigdzie się nie spieszy.

Jadą trzej jeźdźcy, jadą
Mestia to serce Swanetii. Uboga wieś, która kilka lat temu z rozkazu prezydenta Saakaszwilego miała się stać kurortem turystycznym. W samym centrum wybudowano imponujący rynek, otoczony ślicznymi budynkami z kamienia. Większość z nich jest pusta, bo nikt jeszcze nie wymyślił, co mogłoby się w nich znajdować. Promienie słońca przechodzą na wylot przez okna eleganckich budynków. Puste, szklane partery czekają na kogoś, kto otworzy restaurację lub sklep z pamiątkami. Mieszkańcy jednak zajmują się bardziej przyziemnymi sprawami. Parę metrów od rynku brukowana droga zamienia się w błotniste koryto, po którym chodzą krowy. Jeszcze nie tak dawno po całej Swanetii krążyły liczne bandy trudniące się porwaniami dla okupu. Dopiero w 2005 roku rząd rozprawił się z nimi przy pomocy wojska.
Za pierwszy cel, w ramach aklimatyzacji przed Szcharą, obieramy Tetnuldi (4858 m n.p.m.). Terenowym dżipem dojeżdżamy do małej wioski, która wygląda, jakby zatrzymała się w czasie 300 lat temu. Pomiędzy podwórkami, odgrodzonymi rozpadającymi się płotkami, wije się wąska, błotnista dróżka, po której biegają świnie. W Adiszi wszystkie domy są z kamienia, a przy większości z nich wznoszą się wieże obronne. Nic dziwnego, bo w przeszłości każda rodzina broniła się osobno, ukryta w wysokiej wieży. Często też mieszkańcy walczyli między sobą.
Ścieżki, którą mamy zaznaczoną na mapie, w ogóle nie ma. Idziemy łąką pokrytą kwiatami, mijając pasące się na niej stada koni.
Obóz rozbijamy na wysokości 2800 m n.p.m. Wtedy okazuje się, że Paweł zostawił naszą jedyną kuchenkę w Mestii. Nie mamy wyjścia: zjadamy na kolację batoniki i zimny, gruziński ser. Bez kuchenki dalsza wspinaczka jest niemożliwa, więc rano Paweł wyrusza z powrotem do Mestii. Za jego namową przenosimy się w tym czasie do sąsiedniej doliny, w pierwszej kolejności biorąc nasze rzeczy, a potem wracając po jego.
Po drodze spotykamy pierwszych ludzi od chwili, gdy wyruszyliśmy w góry
– trzech młodych Gruzinów na koniach. Zamieniamy kilka przyjaznych słów i ruszamy dalej. Gdy wracamy po pozostałe rzeczy, widzimy, że w namiocie Pawła ktoś grzebał. Brakuje liny, rękawiczek, paru ubrań, nawet szelek do spodni. Nie mamy wątpliwości, że byli to owi trzej gruzińscy pasterze. Zabieramy rzeczy i niemal biegniemy do nowego obozu, aby ubiec kolejnych amatorów naszego sprzętu.
Kuchenka, którą przyniósł Paweł, nie działa. Po kilku godzinach bezowocnych prób jej rozpalenia, głodni i zmęczeni, idziemy spać. Rano podejmujemy kolejną próbę. Tym razem z lepszym skutkiem. Kuchenka prycha jak stary silnik ursusa i co chwilę gaśnie, lecz udaje się przygotować na niej pierwszy od półtorej doby ciepły posiłek.
Kolejny obóz zakładamy na wysokości 3600 m n.p.m. Bezpośrednio przed nami wyrasta teraz majestatyczny, trójkątny szczyt Tetnuldi. Patrzymy na zachodzące za nim słońce, marząc o porannej wspinaczce. Niestety, rano kuchenka całkowicie odmawia posłuszeństwa… Wygłodniali schodzimy w dół uprzednio wypatrzonym, śnieżnym żlebem.
Na najbliższym posterunku zgłaszamy kradzież, choć nie bardzo wierzymy, że w byłej republice sowieckiej policja cokolwiek z tym zrobi. Gruzińscy posterunkowi okazują się jednak zaskakująco mili i szczerze zatroskani sytuacją.
– Przetrząśniemy każdy dom w Swanetii w poszukiwaniu waszego sprzętu! – obiecuje szef posterunku. Następnie w ramach rekompensaty podwozi nas do Mestii pod same drzwi naszego hostelu.
Nigdy więcej nie zobaczymy ani pana komendanta, ani swojej liny i rękawiczek.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też