Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Katarzyna Pawlus-Biel i Andrzej Biel, gospodarze alpejskiego schroniska Clarahütte

Polacy śmiecą najbardziej

NPM 12/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Katarzyny Pawlus-Biel i Andrzeja Biela)
Chyba niewielu Polaków prowadzi alpejskie schroniska… 

Katarzyna: Nie słyszeliśmy o nikim poza nami.
 
Jak trafiliście do położonego we Wschodnim Tyrolu schroniska Clarahütte?
Andrzej: Trochę przez przypadek. Wcześniej pracowaliśmy w kilku alpejskich schroniskach, ostatnim z nich było Essener & Rostocker, sąsiadujące z Clarahütte i należące do tej samej sekcji Alpenverein. Byliśmy tam, gdy zimą 2012 roku lawina uszkodziła Clarahütte. I całe szczęście, że uszkodziła…
 
Szczęście? Nikomu nic się nie stało?
A.: Nie, Clarahütte jest czynne tylko w sezonie, więc zimą nie było tam nikogo. Natomiast podejmując decyzję o odbudowie schroniska, Alpenverein postanowiło przy okazji znacznie poprawić standard obiektu. To właśnie miałem na myśli, mówiąc o szczęściu. Wcześniej warunki były  spartańskie: brak prądu, wyeksploatowany sprzęt, 16 miejsc noclegowych w dwóch pomieszczeniach, dzielonych z personelem. Po przebudowie mamy 30 miejsc (większość w pokojach dwuosobowych), dwie jadalnie i prąd z trzech źródeł: z koła wodnego, paneli słonecznych oraz turbiny. Sanitariaty są wprawdzie wspólne, ale jest ich aż za dużo: pięć pryszniców i osiem toalet. Goście sobie to chwalą, lecz dla nas to dodatkowe miejsca do sprzątania. Ściany schroniska wykonane są z limby, uszczelnionej wełną owczą. To podobno najzdrowsza kompozycja.
 
Jaki sens ma utrzymywanie obiektu stojącego na lawinisku?
A.: Lawinisku? Bez przesady. Clarahütte jest najstarszym schroniskiem we wschodniej części Tyrolu; wzniesiono je w 1872 roku i od tego czasu lawiny przechodziły tamtędy trzykrotnie. Po ostatniej Alpenverein zatrudniło w Clarahütte architekta, który miał równocześnie nadzorować modernizację obiektu i prowadzić schronisko. Rok później architekt zrzekł się funkcji kucharza, stwierdzając, że woli deskę kreślarską od kuchennej. Alpenverein ogłosiło więc przetarg na prowadzenie obiektu. Chętnych było niewielu, gdyż utrzymanie schroniska jest trudne, a lokalizacja – według lokalnych wyobrażeń – nieefektowna. Clarahütte stoi na dnie wąskiej doliny, wciśnięte pomiędzy skały. Naszym zdaniem położone jest pięknie, lecz w porównaniu z okolicznymi schroniskami wypada blado. Żaden z gospodarzy nie wytrzymał tu dłużej niż sezon, najwyżej dwa. Stanęliśmy do przetargu; początkowo Alpenverein zatrudniło nas tylko do prowadzenia obiektu, ale po dwóch próbnych latach podpisało z nami pełną umowę dzierżawy. Reasumując: w Clarahütte spędziliśmy trzy sezony, z czego ostatni, w 2016 roku, jako gospodarze.
 
Nigdy wcześniej nie dzierżawiliście żadnego schroniska?
A.: Nigdy, we wszystkich byliśmy tylko pracownikami. Pierwsze kroki stawialiśmy w Bacówce na Krawcowym Wierchu. Spędziliśmy tam jedną całą zimę, zbierając pierwsze doświadczenia. Wtedy też wpadliśmy na pomysł, aby spróbować sił w alpejskich schroniskach. Wysłaliśmy w ciemno ponad trzysta ofert. Odzew był zaskakujący, dostaliśmy odpowiedzi na prawie wszystkie maile. Fakt, że 95 procent stanowiły uprzejme odmowy, lecz było nam miło, że nie jesteśmy lekceważeni. A te pięć procent pozytywnych reakcji wystarczyło, byśmy mieli w czym wybierać. Wybraliśmy Neue Fürther Hütte w Pinzgau, szlifowaliśmy tam język, przełamywaliśmy bariery. Potem trafiliśmy do Wallis, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak działa zaopatrywanie schroniska przy pomocy helikoptera. Ta wiedza bardzo przydaje nam się teraz, bo transport do Clarahütte również zapewnia śmigłowiec. Clarahütte leży na terenie parku narodowego, więc tylko dwa razy w roku dostajemy pozwolenie na lot – na początku sezonu oraz na końcu.
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też