Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Czad / Emi Koussi

Polacy na dachu Sahary

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tadeusz Jezierski
(fot. Uczestnicy wyprawy)
Czasami człowiek wymyśli sobie nietypowy projekt i marzy o jego zrealizowaniu. W moim przypadku było to marzenie o zdobyciu Emi Koussi (3415 m n.p.m.), najwyższej góry Sahary. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Polacy jeszcze na tym szczycie nie stanęli. 

Przygotowywanie wyprawy w góry Tibesti rozpocząłem na początku 2015 roku. Było to o tyle trudne, iż dotychczas nikt w Polsce nie organizował eskapad w to nietypowe i trudno dostępne miejsce. O możliwość zorganizowania wyprawy zwróciłem się do Artura Urbańskiego, prowadzącego biuro turystyczne „Torre”, a specjalizującego się właśnie w eksploracji Afryki. Po dwumiesięcznej wymianie e-maili spotkaliśmy na barce zacumowanej na Wiśle w Krakowie i dogadaliśmy szczegóły.
Rozpoczęliśmy szukanie chętnych na wyjazd do Czadu. Gdy wydawało się, że ekipa już się zebrała i jedyne, co nam pozostało, to odliczanie dni do wyjazdu, okazało się, że w Czadzie doszło do serii krwawych zamachów przeprowadzonych przez Boko Haram. Nie mieliśmy wyjścia. Wyjazd trzeba było przełożyć. Terminy zmieniały się kilkakrotnie i ostatecznie wyprawa została przesunięta na luty 2018 roku.
Prawdę mówiąc, zacząłem już tracić nadzieję na to, że uda się wszystko zorganizować i na własną rękę szukałem innych możliwości dostania się w rejon Tibesti. W Ndjamenie, stolicy Czadu, znalazłem nawet biuro, organizujące takowe wyprawy. Ale warunkiem było zebranie ośmioosobowej grupy, gdyż nie praktykowano tam ekspedycji zespołów sklecanych ad hoc i na miejscu tuż przed wyprawą. Jedyne zatem, co pozostawało, to nie tracić nadziei, że tym razem wyjazd dojdzie do skutku. Gdy wreszcie kupiliśmy bilety do Ndjameny, można było zacząć się cieszyć i przygotowywać do wylotu.

Z wizytą u ks. Stanisława
1 lutego 2018 roku ruszamy z Warszawy do Stambułu, by stamtąd udać się bezpośrednim lotem do Ndjameny. Stolica Czadu wita nas słoneczną i upalną pogodą. Na miejscu czekają na nas samochody z kierowcami, z którymi mamy spędzić najbliższe trzy tygodnie. W hotelu wymieniamy euro i dolary na franki środkowoafrykańskie, które są tutaj oficjalną walutą. Co ciekawe, równoprawnym środkiem płatniczym jest również frank zachodnioafrykański w parytecie jeden do jednego. Waluty te obowiązują w 14 krajach zachodniej, północnej i środkowej Afryki, a nazwa frank to postkolonialna spuścizna.
Zanim ruszymy w góry, jedziemy odwiedzić ks. Stanisław Worwę z diecezji tarnowskiej, który pracuje tutaj na misjach. Jego kościół parafialny to zupełnie nowy obiekt. Nie kryję zaskoczenia, gdy słyszę, że został on zbudowany zaledwie w dwa lata.
– Było to możliwe tylko dzięki poświęceniu parafian, jak i pomocy naszych rodaków – podkreśla przy każdej okazji ks. Stanisław.
Do tego ogromne wrażenie robi biblioteka z tysiącami pozycji. Dla społeczeństwa żyjącego w niewyobrażalnej nędzy to prawdziwa przystań cywilizacyjna.
Ks. Stanisław opowiada nam, jak bardzo niestabilna jest sytuacja w kraju, często wstrząsanym niepokojami społecznymi. A dzieje się tak, bo sytuacja ekonomiczna jest tutaj krytyczna. Nasz duchowny nie ogranicza się do pracy stricte misyjnej. Jak tylko może, propaguje kulturę polską. Myślę, że nasi dyplomaci pracujący na całym świecie powinni pobierać od niego nauki, jak dbać o Polaków na obczyźnie.
W 2014 roku to właśnie w jego parafii do sił i zdrowia przez wiele dni dochodził Szymon Kowalczyk, laureat drugiej edycji Memoriału Piotra Morawskiego „Miej Odwagę”. Jego celem było zdobycie szczytu Emi Koussi (3415 m n.p.m.), lecz z braku środków musiał zawrócić po dotarciu w okolice gór Tibesti.
Wojskowi wyglądają groźnie
Nasza dziewięcioosobowa ekipa pakuje się do trzech samochodów. Jest z nami też kucharz Florean i tłumacz Saleh Hassan, a w oazie Faya Largeau dołącza do nas przewodnik Mahdi. Przed nami ponad tysiąc kilometrów afrykańskich bezdroży. Tuż po wyjeździe z Ndjameny zatrzymujemy się na stacji benzynowej. To ostatnie zakupy w klimatach, jakie znamy na co dzień: pełne półki, napoje prosto z lodówki. Na lunch jemy mięso z wielbłąda à la kebab. Większość z nas coś takiego je pierwszy raz w życiu.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też