Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Fenomen solowego wspinania

Podróż w samotność

NPM 7/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Andrzej Bazylczuk
Mount Everest nie sprzyja solowej wspinaczce (fot. Magdalena Prask)
Jeśli jest coś bardziej imponującego i przemawiającego do wyobraźni niż walka z potężną górą lub kipiącą niedostępnością ogromną ścianą, to jest to sytuacja, gdy człowiek do tego pojedynku staje samotnie. Nie może liczyć na partnerów służących mu pomocą, radą, dodających otuchy, a w kluczowym momencie mogących ocalić mu życie. Gdy zatem zginął Ueli Steck, wybitny solowy wspinacz, nie było nawet wiadomo, co się stało lub jaki konkretnie błąd popełnił.

Samotna wspinaczka to nieodłączna część alpinizmu. Nawet osoby, dla których braterstwo liny to absolutna świętość, muszą czasem działać w pojedynkę – choćby po to, by sprowadzić pomoc dla rannego partnera. Znajdą się jednak wspinacze, którzy świadomie decydują się działać solo.
W ostatnich latach symbolem takiego stylu wspinania się był Ueli Steck. Szwajcar imponował kolejnymi solowymi osiągnięciami, wśród których były między innymi wejścia na himalajskie sześciotysięczniki: Cholatse (6440 m n.p.m.) i Tawoche (6495 m), kilkakrotne bicie rekordu szybkości przejścia słynnej północnej ściany Eigeru (w 2015 roku zszedł do 2 godz. 22 min i 50 sek.) czy solowe pokonanie Sziszapangmy i południowej ściany Annapurny (8091 m). Za ten ostatni wyczyn w 2014 roku został nagrodzony Złotym Czekanem. Zresztą już drugim w karierze, gdyż w 2009 roku otrzymał to prestiżowe wyróżnienie za zdobycie w duecie z Simonem Anthamattenem w alpejskim stylu nepalskiego Tengkampoche (6500 m n.p.m.).
Ostatnim wielkim projektem Stecka był samotny trawers Mount Everest – Lhotse. Szwajcar nie zdążył go jednak zrealizować. Zginął 30 kwietnia podczas aklimatyzacyjnego wejścia na Nuptse. Co sprawiło, że wybrany przez niego sposób wspinania się przykuwał tyle uwagi, a on sam zasłużył na przydomek „Szwajcarska Maszyna”? Alpiniści nie mają wątpliwości, że solowa wspinaczka to zupełnie inna sytuacja niż taka, gdy na drugim końcu liny jest ktoś jeszcze.

Błąd oznacza śmierć
– W solowym wspinaniu najczęściej chodzi się na żywca. Jeśli zespół tworzą dwie osoby, są powiązane liną: jedna się wspina, druga ją asekuruje. Można wchodzić indywidualnie, asekurując się, ale wówczas trzeba trzy razy pokonać tę samą odległość. Najpierw należy przywiązać linę na dole. Potem, wrzucając przeloty, trzeba iść w górę i następnie zjechać, likwidując je. Dopiero wtedy można „wymałpować” z powrotem w górę – wyjaśnia Ryszard Gajewski, zwany „Ergajem”, doświadczony himalaista mający w dorobku choćby pierwsze zimowe wejście na Manaslu.
Wielu wspinaczy nie chce tracić energii i czasu na tak mozolne zdobywanie wysokości, rezygnują z asekuracji i decydują się na „żywcowanie” – jeśli nie całych dróg, to fragmentów, które wydają się im łatwiejsze. Oczywiście wrażenie to może wydawać się złudne, co jest prostą drogą do tragedii, ponieważ przy braku asekuracji nawet mały błąd czy poślizgnięcie zazwyczaj oznaczają śmierć.
– Trzeba mieć ogromne szczęście, żeby uprawianie wspinaczki solowej na najwyższym poziomie nie zakończyło się tragicznie – ocenia Leszek Cichy, zimowy zdobywca Mount Everestu i pierwszy Polak z Koroną Ziemi. Podkreśla jednak, że nagrodą za podjęcie ryzyka jest prędkość pozwalająca samotnikom śrubować rekordy i dokonywać śmiałych przejść. – Nawet najsprawniejszy zespół dwuosobowy jest wolniejszy niż solista. Na to nie ma recepty – uważa Cichy. Definiuje on wspinanie solowe jako świadome podejmowanie samotnych poważnych wyzwań, jak na przykład pierwsze przejścia czy nowe drogi na dużych ścianach lub w skałach.
– Wejść normalnymi drogami, nawet pojedynczych osób, na ośmiotysięczniki nie zaliczam do wspinaczek solowych. To jest zupełnie inne ryzyko. Kiedy korzysta się z poręczy, nie ma różnicy między solistą a duetem – mówi Cichy, odróżniając tym samym dokonania „programowych solistów” od swojego jednodniowego wejścia na Aconcaguę czy wyczynów Krzysztofa Wielickiego, który w drodze po Koronę Himalajów i Karakorum aż sześć razy stawał na wierzchołkach w pojedynkę i, co imponujące, zdobył Broad Peak w niespełna 22 godziny. Wcześniej nikt nie wszedł na ośmiotysięcznik w czasie krótszym niż jedna doba.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 
W numerze także rozmowa z Januszem Gołębiem, pierwszym zimowym zdobywcą Gaszerbrum I. 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też