Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Podczas wspinaczki nigdy się nie boję

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
(fot. facebook Dani Arnold)
Zimą od najmłodszych lat jeździłem na nartach. Latem jak inni chłopcy chciałem grać w piłkę nożną. Marzyłem nawet o zostaniu piłkarzem. Jednak wśród licznych wzgórz, lasów i polan nie było żadnego płaskiego terenu, który nadawałby się na boisko do piłki nożnej. Dlatego zostałem wspinaczem – mówi Dani Arnold, szwajcarski wspinacz, gość ostatniego Krakowskiego Festiwalu Górskiego.

Zdobyłeś trzy z sześciu największych północnych ścian Europy. Do niezdobytych przez Ciebie należą jeszcze Petit Dru, Piz Badile oraz Cima Grande di Lavaredo. Czy teraz są one na Twojej liście?
W dalekim planie myślę o skompletowaniu „wielkiej szóstki”. Do tej pory zrobiłem trzy z sześciu wielkich północnych ścian: Grandes Jorasses, Eiger oraz Matterhorn. Przy wyborze kolejnych celów wypraw wspinaczkowych kieruję się tym, co aktualnie mnie interesuje. Od niedawna bardzo spodobała mi się wspinaczka lodowa. Dlatego w lutym 2019 roku wybieram się do Chin i do Rosji na Syberię. Oczywiście mam na uwadze dokończenie projektu północnych ścian, ale nie mam konkretnego planu, kiedy to będzie.

Północną ścianę Eigeru „przebiegłeś” w dwie godziny i 28 minut. Zespoły zazwyczaj robią ją w kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin w zależności od poziomu sportowego. Zapytam krótko: jak to się Tobie udało?
Pierwszy raz pod ścianą Eigeru stanąłem w 2010 roku. Jednak spoglądając w górę i obserwując ogrom ściany, poczułem, jak paraliżuje mnie strach. Ta ściana mnie przerosła. Rok później wróciłem tutaj z klientem. Przeszliśmy wspólnie drogę Heckmaiera. Długo nie czekałem na kolejną okazję. Utrzymujące się świetne warunki pogodowe sprawiły, że zaledwie tydzień później podjąłem się przejścia tej drogi solo. To była pierwsza ściana, której przejście spotkało się z tak wielkim zainteresowaniem mediów. Mój wyczyn porównano do ówczesnych wspinaczek szybkościowych Ulego Stecka.

W 2015 roku – 4,5 roku po Twoim dokonaniu – Ueli Steck podkręcił należący do Ciebie rekord wejścia na szczyt o 6 minut. Czy to była rywalizacja?
Dla mnie to nigdy nie była rywalizacja. Zawsze robiłem swoje. Nasze cele okazały się w pewnym momencie zbieżne. Nie zamierzam jednak wracać na północną ścianę Eigeru tylko po to, by pobić jego rekord z 2015 roku. Uważam, że to, co zrobiłem, jest dla mnie całkowicie satysfakcjonujące i nie czuję potrzeby, by tam wracać. Jedyną rywalizacją, jaką toczę w górach, jest rywalizacja z samym sobą – z własnymi słabościami.

Pierwsza droga free solo

Byłam pod wielkim wrażeniem, gdy na filmie, który pokazywałeś podczas Krakowskiego Festiwalu Górskiego, jedna z wielkich kolumn lodowych po prostu runęła pod Tobą. Czy czemuś tak niestabilnemu jak lód da się w ogóle zaufać? Można go wyczuć albo się go nauczyć?
Wspinaczka lodowa jest czymś zupełnie innym niż klasyczne wspinanie. Czucie czekanem skały czy lodu zawsze będzie inne niż solidny chwyt w garści. Lodu trzeba się nauczyć, bo w odróżnieniu od skały, on cały czas pracuje. Dlatego wspinanie w nim jest czymś zupełnie innym niż wspinanie w litej formacji. Mimo że jest to bardziej niebezpieczne, moją pierwszą drogą free solo, którą zrobiłem, była właśnie linia Crack Baby – 340 metrów w lodzie bez zabezpieczenia (droga znajduje sie w Breitwangflue, w berneńskim Oberlandzie w Szwajcarii – red.).

Na czym w takim razie polega to wyczucie lodu?
Choćby na tym, że kiedy wbijam nad sobą czekan, bez patrzenia jestem w stanie stwierdzić, czy siedzi dobrze i czy będę mógł się na nim pewnie oprzeć.

Czy tego można się nauczyć? A może taką umiejętność po prostu się ma?
Bez wątpienia z samym opanowaniem i mocną „psychą” trzeba się urodzić. Ale resztę można wypracować. Mam tu na myśli technikę, szybkość i wytrzymałość.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też