Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Śląski

Pochmurny zbójnik

NPM 8/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Daniel Przewoźny
(fot. Daniel Przewoźny)
Pomysł wyjazdu jak zwykle zrodził się spontanicznie. Tym razem zmęczony codzienną, miejską gonitwą wybrałem śląski klasyk. Kierunek był oczywisty - azymut na Klimczok.

To miała być samotna, męska wędrówka. W ostatniej chwili dołącza do mnie jednak Małgosia, koleżanka ze studiów. Na początku czeka nas całonocna podróż pociągiem. Do Bielska-Białej śpimy jak zabici, potem wyznaczamy tury czuwania, żeby nie dojechać aż do Zwardonia. I wreszcie jest - stacja Wilkowice Bystra. Czas zacząć wędrówkę.

W pogoni za góralem
Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Klimczoka. Na zegarku godzina ósma rano. A dookoła wszechogarniająca cisza.
- W Alpach o tej porze wchodziliśmy już na wierzchołek - wspominam wyprawę sprzed siedmiu lat na Mont Blanc.
Idzie się nam całkiem dobrze. Pogoda jest pochmurna, a my, mimo nocy spędzonej w pociągu, rześcy i pełni sił. Po prawej mijamy „Fałatówkę”, dom, w którym od 1910 roku po ustąpieniu ze stanowiska dyrektora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych mieszkał jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów - Julian Fałat. Obecnie mieści się w nim muzeum tego artysty, gromadzące niektóre z jego prac, a także dokumenty i fotografie związane z jego życiem i twórczością. Niestety, o tak wczesnej porze jest zamknięte na cztery spusty. Dlatego też przyspieszamy kroku i wchodzimy do wsi.
Idziemy wzdłuż Białki, rzeki, której źródła znajdują się na północno-wschodnich stokach pobliskiego Klimczoka (1117 m n.p.m.). Na szczęście w tym sezonie, mimo zagrożenia powodziowego, nie wyrządziła tu żadnych, poważniejszych szkód, co potwierdzamy w rozmowie z miejscowym sklepikarzem. W centrum wsi odkrywamy jedynie małe osuwisko i jedno powalone drzewo - mieszkańcy Bystrej mogą więc chyba mówić o dużym szczęściu.
Po około pół godziny drogi asfalt przechodzi w leśną ścieżkę, która po tegorocznych opadach przypomina raczej arenę do walk w błocie. Walcząc z nieprzychylnym, bardzo śliskim podłożem, mijamy ostatnie zabudowania. I kiedy myślimy, że gorzej już być nie może, zatrzymuje nas wyrwa w trakcie. Przed nami do pokonania niewielki, górski potok. Kombinujemy jak go przejść. Nieciekawie byłoby przemoczyć buty na samym początku wędrówki.
- Może wrzucimy kamienie do rzeki i spróbujemy zbudować prowizoryczny mostek? - rzuca Małgosia.
Rozglądamy się dookoła. Kamieni o rozsądnych rozmiarach, jak na złość, brak. Na horyzoncie pojawia się za to okoliczny góral.
- Nie ma co, idziemy po jego śladach. On na pewno zna sposób na przekroczenie potoku - mówię do Gosi.
Ruszamy za nim. Narzucam tempo i wkrótce Małgosia zostaje trochę w tyle. Tym razem nie mogę na nią czekać - w końcu muszę śledzić górala. Po chwili triumfuję, widząc mężczyznę przeskakującego przez potok w zwężonym miejscu.
To jednak nie koniec przygód na dziś. Kilkanaście metrów dalej wartki nurt rzeki znowu przerywa szlak. Tym razem przeskakujemy po betonowych kręgach. Nie mogę uwierzyć, że tak niepozorny nurt może wyrządzić takie szkody. Tym razem przejście idzie nam już dużo łatwiej.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też