Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Ornak

Po kopalniach zostało wspomnienie

NPM 11/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Szymon Matuszyński
(fot. Albin Marciniak )
Mniej wymagające technicznie niż Wysokie, w niczym jednak nie ustępujące im atrakcyjnością z turystycznego punktu widzenia. Tatry Zachodnie. Głębia perspektywy, ciągnące się długimi kilometrami fantastyczne szlaki, związane z tymi górami legendy z historyczną nutą I przede wszystkim kapitalne formacje skalne, podziurawione dostępnymi dla turystów jaskiniami. Żal siedzieć i czekać. Trzeba jechać. Tym bardziej, że w górach nastała właśnie ulubiona przeze mnie pora roku. Jesień rzecz jasna.

Z Tatrami Zachodnimi związany jestem emocjonalnie od… 35 lat. To właśnie „za bajtla” wspólnie z ojcem, a później i z bratem, „łoiliśmy” pierwsze szlaki. To właśnie fantastyczny mur Wielkiej Turni i ściany Czerwonych Wierchów co rano podziwiałem w trakcie spędzanych w Zakopanem tygodni, kiedy to każdego roku wynajmowaliśmy pokój na Karpielówce. Cóż to były za czasy… Góry były wtedy jakoś bardziej, a komercji, gwaru, krzyku zdecydowanie mniej. Podstawą wyposażenia kilkuletniego turysty była mapa i „Tatry Polskie” Józefa Nyki, a nie telefony, aplikacje i tablety. Aż się łezka w oku kręci.
Wracam w Zachodnie myślami bardzo często, niestety fizycznie już zdecydowanie mniej. Dlatego skoro nadarzyła się okazja spędzenia tam choćby kilkunastu godzin, nie wahałem się ani chwili.
– Robota (do „Roboty” jeszcze nie raz wrócimy) nie zając – pomyślałem sobie, wiedząc i tak, że stres związany z masą nieotwartych e-maili i przychodzących SMS-ów będzie mi czasem na szlaku dokuczał. Ale co tam, człowiek ma przecież prawo w góry wyskoczyć!

Kraina z bajki
Wiedziałem, że zbyt wiele czasu mieć nie będę. Otworzyła się jednak mała szansa, że uda się zorganizować dwudniowy wyjazd. Jadę sam, ciężko było tym razem spontanicznie kogoś złapać. Brat pochłonięty gdzieś pracą, przyjaciel Jerzy też zarobiony po uszy. Sorry, panowie, może następnym razem – razem. Ja tymczasem pakuję się szybko i ruszam z Wrocławia, licząc, że uda mi się jeszcze dziś choć trochę przejść. Cel jasny – na spokojnie dotarcie na Ornak, tam nocleg, a potem? To się zobaczy. Wiele zależy od pogody rzecz jasna, która choć teoretycznie jesienią stabilna, jak już się zmienia, to ho, ho.
Jesień w Tatrach Zachodnich bywa już pod koniec sierpnia, strojąc je w zachwycające barwy. Czerwone Wierchy robią się naprawdę czerwone, otoczenie staje się z każdym dniem bardziej dzikie i groźne. To chyba w tych górach uwielbiam najbardziej – surowe i trudne warunki, które skutecznie zamykają Tatry dla tysięcy ludzi, odwiedzających je latem w klapkach, kaloszach i z reklamówkami w rękach.
Trasa jakoś szybko minęła. Pewnie dlatego, że myśli w głowie znów całe mnóstwo. Jednak im bliżej Podhala, tym więcej tych dla ducha przyjemnych: „Zdążę dziś do Mylnej czy nie?”, „Czy mają na Ornaku coś bez mięsa, czy nie mają?”, „Zabrałem laminowaną mapę, czy nie zabrałem?” – gdyby człowiek przez większość czasu wobec takich tylko rozterek stawać musiał, życie naprawdę byłoby łatwiejsze. Aż się roześmiałem sam do siebie.
W Kirach parkuję około godziny 13. Dnia jeszcze sporo, ale na dziś bardzo ambitnych planów nie zakładałem. Zmęczony jestem po tygodniu pracy, lekka przebieżka na Ornak, tam pozostawienie plecaka i jeszcze spacer do Mylnej, połączony z lekką wspinaczką, powinien pozwolić mi się zrelaksować i złapać nieco aklimatyzacji.

O historii górnictwa słów kilka
Choć z górnictwem w czystej postaci związany jestem raczej tylko przez fakt urodzenia się na Śląsku, jego historyczny i łączący się z Tatrami kontekst fascynował mnie od małego. Wszystko zaczęło się oczywiście od Doliny Kościeliskiej i obecnych tam pozostałości po starym górniczym piecu.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też