Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Po czeskiej stronie Izery

NPM 2/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Pełni entuzjazmu przecieramy szlak na Černą horę (fot. Grzegorz Grupiński)
Jeśli zima, to biegówki. Jeśli biegówki, to Góry Izerskie. Tym razem ruszamy na czeską stronę gór.

Graniczna Izera dzieli Góry Izerskie (czes. Jizerské hory) na dwie nierówne części. Czeska część masywu jest rozleglejsza i bardziej zróżnicowana. Mamy tu głuche lasy, liczne grupy skałek, ale i ludne miejscowości z doskonale zachowaną, tradycyjną architekturą sudecką.
Tak samo jak na Dolnym Śląsku po 1945 roku mieszkańcy tych terenów – Niemcy sudeccy – zostali wysiedleni, ale Czesi, którzy zajęli ich miejsce, znacznie lepiej poradzili sobie z zasiedlaniem i rozwojem wsi. W przeciwieństwie do wielu sudeckich miejscowości po polskiej stronie wszystko tu tętni życiem.
Zimą czeskie Góry Izerskie wypełniają się narciarzami, zwłaszcza biegowymi. W końcu biegówki w Czechach to od dawna sport masowy, a utrzymywanych szlaków biegowych jest tu znacznie więcej niż w Jakuszycach.
Dotychczas czeską stronę gór kojarzymy głównie z krótkich wypadów dokonywanych z Hali Izerskiej czy Orla. Nieznany dla mnie ląd rozpoczyna się tuż za Harrachovem, kiedy przejeżdżamy most na Izerze.

W głąb interioru
– Pewnie będzie masa ludzi – wymieniamy się refleksjami, zmierzając w górę doliny rzeki Kamenice, dopływu Izery. – Zaparkujmy na końcu doliny, tam powinny się zaczynać jakieś trasy.
Cała silna ekipa – Marek, Mariusz, Paweł i ja – jest uzbrojona w śladówki (szersza i cięższa wersja biegówek), więc planujemy poruszać się nie tylko po trasach przygotowanych przez ratrak, ale i wyruszyć w dziewiczy teren.
Zostawiamy auto na parkingu pod wyciągiem w miejscowości Josefův Důl. Pogoda na razie średnia, ciemnoszare chmury wiszą nisko, ale najważniejsze, że jesteśmy już u celu. „Klik, klik!” – buty wskakują w wiązania, kije do rąk i do boju!
Krótkie, może dwukilometrowe podejście prowadzi nas w stronę sztucznego jeziora, również o nazwie Josefův Důl. Wkrótce pomiędzy drzewami pojawia się korona wału tworzącego tamę. Co moment suną nim szybkie sylwetki narciarzy, jak ludziki w jakimś teatrze kukiełkowym.
– Wiadomo, weekend. Te dzikie tłumy to pewnie walą od Bedřichova – domyślamy się.
Ta miejscowość to „epicentrum” czeskiego narciarstwa biegowego, a znajduje się niedaleko od nas, bo po drugiej stronie zalewu.
Żeby uniknąć największego tłoku, od trasy dokoła jeziora szybko odbijamy w górę. Dobrze przygotowany ślad prowadzi nas w głąb izerskiego interioru. Zamierzamy dziś zrobić solidną pętlę, zdobyć jakieś góry ze skałkami i porządnie się zmęczyć. Trzymamy więc kciuki za pogodę.
Na rozstajach Rozmezí przeżywamy prawdziwą euforię, bo pomiędzy szarymi obłokami pojawiają się strzępy błękitu, a oblepione grubym szronem świerki zmieniają kolor z brudnosrebrnego na śnieżnobiały. Pełni entuzjazmu opuszczamy ratrakowaną trasę i przecieramy szlak, rozpoczynając podejście żółtym szlakiem na Černą horę (1085 m n.p.m.).
Na płytkiej przełęczy zbaczamy w prawo, by obejrzeć Sněžné věžičky. Brniemy w głębokim puchu, kluczymy po lesie, podziwiając kilka widowiskowych skalnych turniczek. Wbijamy narty w śnieg i wdrapujemy się na jedną z nich. Na ubezpieczonym barierkami tarasie jest mało miejsca – aż dziw, że kiedyś mieściła się tu… myśliwska chatka. Jak można wyczytać w internecie, z turniczki jest rewelacyjny widok na Góry Izerskie, Karkonosze, a nawet na Czeski Raj. Niestety, chmury przytuliły się do ziemi i wszystko wskazuje na to, że słońca dziś nie zobaczymy, więc wracamy na przełączkę i ruszamy dalej.

Gołębie kupy
Sam szczyt Černej hory nie wyróżnia się niczym. Czasu mamy mnóstwo, więc urządzamy sobie kolejny wypad do obiektu oznaczonego na mapie jako „Čertův odpočinek”. „Odpoczynek Czarta” okazuje się niewielkim wzniesieniem, zwieńczonym kostkowatym blokiem skalnym. Przy odrobinie fantazji można zobaczyć w nim oparcie wygodnego fotela.
Dalsza nasza wędrówka to przebijanie się przez coraz gęstsze opary mgły. Tak docieramy na kolejne wzniesienie – Holubník, czyli po prostu Gołębnik (1071 m n.p.m.). Znów świetny punkt widokowy na skałkach, z panoramą ograniczoną do kilkunastu metrów. Z braku innych atrakcji bawimy się obstukiwaniem świerków, zgiętych pod ciężarem śniegu.
Zjazd z Holubníka urozmaicamy sobie, zaliczając widowiskowe gleby w mokrym puchu. Chcieliśmy mieć teren „back country” zamiast ratrakowanej trasy, no to mamy. W głębokim śniegu jest coraz trudniej. Przy skałkach o dźwięcznej nazwie Ptačí kupy musimy nawet zdjąć narty, bo szlak prowadzi stromym wcięciem pomiędzy dwoma skałami. Wkrótce potem gubimy trasę, co kończy się łażeniem po zaspach między wysokopiennymi świerkami. Mariusz zalicza widowiskowy pad do wielkiej zaspy i zaplątany w gałęzie nie może wstać. Marek gubi termos; wraca po niego, ale bez skutku. Bawimy się doskonale i prawdę mówiąc, chyba nikt się nie cieszy, kiedy trafiamy znów na przygotowaną trasę.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Czechy

Zobacz też