Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Tatry Kozi Wierch

Plan maksimum wykonany

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Anna i Robert Skorek-Osikowscy
(fot. Anna i Robert Skorek-Osikowscy)
W Tatrach z dziećmi można zrobić naprawdę wiele. A przede wszystkim razem spędzić cudowny czas w miejscu dalekim od zgiełku i gwaru, które uczy pokory i uzmysławia, jak ulotny jest czas.

Pomysłów na spędzenie ferii z dziećmi jest wiele. Można na przykład pojechać na narty w Beskidy czy Alpy. Albo spędzić je w mieście, odsypiając zaległości i pozwalając dzieciom wynudzić się przed komputerem. U nas jednogłośnie padło na Tatry. U nas, czyli u Roberta (tata), Ani (mama), Kacpra (lat 10,5) i Kuby (lat 8,5). Najpierw miały być góry po słowackiej stronie, ale ktoś namówił nas na Roztokę. I jak się później okazało, lepiej trafić nie mogliśmy. Zimowy wyjazd w Tatry był naturalnym elementem dość konsekwentnie realizowanego do tej pory planu, którego cel zrodził się w głowie Kuby pół roku wcześniej (ale o tym może innym razem).
Jadąc w Tatry nie mieliśmy żadnych ambitnych celów. Chcieliśmy trochę pochodzić, nabrać kondycji i wypróbować zimowy sprzęt wspinaczkowy w postaci raków i czekanów, w dużej mierze świeżo wyjętych spod choinki. A przede wszystkim razem miło spędzić czas. Pomysł wejścia na Kozi Wierch (2291 m n.p.m.), najwyższy przecież szczyt leżący całkowicie na terenie Polski, gdzieś tam może zaświtał wcześniej w głowie, ale bardziej była to decyzja chwili. Pewnie, zawsze jadąc w góry, mamy jakiś plan, szczyt który chcemy zdobyć lub cel, który chcemy osiągnąć. Ale to zawsze jest tylko plan maksimum. Planu minimum nigdy nie robimy – ten jest zawsze dyktowany przez okoliczności. Oznacza to, że jak trzeba, możemy się wycofać w dowolnej chwili.
Roztoka
Z Gliwic, w których na co dzień mieszkamy, wyjeżdżamy dość wcześnie, bo musimy odebrać chłopców z obozu narciarskiego w Kluszkowcach, żeby razem wyruszyć dalej. Pogodę, delikatnie mówiąc, mamy średnią. Jest szaro i mgliście, ale ponieważ na prawie wszystkich naszych ostatnich górskich wycieczkach tak właśnie było, kompletnie się tym nie przejmujemy. Najwyżej działania dostosujemy do aury. Ale na Palenicy Białczańskiej okazuje się, że zza chmur zaczyna pojawiać się błękit nieba, a do schroniska w Roztoce wędrujemy już w pełnym słońcu. Trudno nie kryć radości. W plecakach mamy cały zimowy sprzęt, ubrania i sporo jedzenia na najbliższy tydzień. Także chłopcy, jak zwykle dzielnie, niosą zbyt duże jak na swój wzrost wory. Tempo nie jest wyczynowe, mijają nas nawet tzw. niedzielni turyści, których oczywiście na najbardziej uczęszczanym szlaku do Morskiego Oka i w zimie nie brakuje. Ale trudno się dziwić, w końcu są ferie. 
Dochodzimy wreszcie do Wodogrzmotów Mickiewicza, skręcamy w lewo w ścieżkę wiodącą zielonym szlakiem w dół doliny i już po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu, patrząc na bajeczny krajobraz. Kto był, ten wie, kto nie był – powinien tu kiedyś zawitać. Na małej leśnej polanie zasypanej śniegiem czeka na nas drewniane schronisko. Z kominów lecą smużki dymu, wszystko ubrane w świeży kożuszek śniegu, długie sople wiszą z krawędzi dachów. Kompletna cisza i spokój, choć tak blisko „autostrady do Moka”. To wyjątkowy punkt na mapie Tatr, i choć tworzą je przede wszystkim ludzie, to i miejsce ma znaczenie. Warto poświęcić krótszą lub dłuższą chwilę, aby się tu zatrzymać.
Pierwsze koty za płoty
Poranek wita nas wielkim błękitem i niezłymi prognozami. W ramach realizacji naszych małych celów chcemy znaleźć miejsce, gdzie możemy wypróbować raki i czekany. Bo mimo wszelkich tradycji rodzinnych (himalaistów w naszej rodzinie co najmniej kilkoro), w zimowej wspinaczce nie mamy wielkiego doświadczenia, a wiemy, że z opowieści i oglądanych filmów wszystkiego nauczyć się nie można.
Na dobry początek ruszamy w kierunku schroniska nad Morskim Okiem, a potem dalej, żółtym szlakiem, w kierunku
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też