Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Graickie

Piknik pod wiszącą skałą

NPM 7/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Andrzej Otrębski
Strome podejście pod lodowiec Herbetet z doliną Valnontey w tle (fot. Andrzej Otrębski)
To było jeszcze w Austrii, a może już we Włoszech – nie pamiętam. Wieczorne niebo barwiło się poświatą zachodzącego słońca, a resztki chmur burzowych tworzyły abstrakcyjne kompozycje, odsłaniając pierwsze wieczorne gwiazdy. Powietrze było nad wyraz rześkie, a wzrok nieco sennie śledził ciemniejące kształty Alp Julijskich, komponujących zachodni horyzont. Wtedy właśnie pomyślałem, że Dolina Aosty jest jeszcze bardzo daleko i że tak naprawdę nie wiem, czego się spodziewać…

Jesteśmy u celu. A przynajmniej tak twierdzi system nawigacji samochodowej, dumnie obwieszczając, że oto dotarliśmy do Aosty, 40-tysięcznego miasta w sercu rozległej doliny o tej samej nazwie. Miasto mijamy o tragicznie wczesnej godzinie, kierując się na docelowy kemping. Ale GPS odgórnie zarządza etap zwiedzania i kieruje nas „skrótem” w labirynt wąskich lokalnych uliczek, kaskadowo oplatających wzgórza nad miastem. Winnice i polderowe sady tworzą w tym miejscu zadziwiający krajobraz w zestawieniu z wysokimi, wciąż białymi górami otaczającymi zieloną dolinę. Gdy zaczyna się robić bardzo wąsko i stromo, Bartas – nasz rajdowy kierowca – zarządza postój i nawigację mapową. Nasza pięcioosobowa, już mocno rozbudzona grupa szybkiego reagowania w składzie: Magda, Kaśka, Gosia, Bartek i ja, wysypuje się z samochodu, by rozprostować zmęczone całonocną podróżą mięśnie. Przejechawszy Czechy, Austrię i całe północne Włochy, znajdujemy się na progu Parku Narodowego Gran Paradiso w obrębie Alp Graickich, najstarszego we Włoszech i prawdopodobnie jednego z najpiękniejszych.
Z pomocą wspaniałych włoskich map jakieś 10 kilometrów dalej i około 800 metrów wyżej odnajdujemy kemping. Nasz dzielny samochodzik oddycha z ulgą, a my razem z nim. Dlaczego to miejsce? Pierwotny plan zakładał fragment Alp szwajcarskich w rejonie Zermatt. Ale późną wiosną odkryliśmy, że zima ma poważne opory, by wycofać się z gór wysokich. Nastawieni na trekking zamiast wspinaczki lodowo-skalnej wybraliśmy więc region bardziej wysunięty na południe, z cichą nadzieją, że tutaj śniegu będzie mniej. Tak oto zrodził się pomysł wędrówki w masywie Gran Paradiso.
Miejsce biwaku wybierałem trochę na wyczucie. Pomijając względy ekonomiczne, szukałem przede wszystkim rejonu położonego blisko głównych szlaków. Z tego powodu wybrałem dolinę Valnontey tuż obok miejscowości Cogne, będącej nieformalnym sercem parku. W Cogne działa informacja turystyczna i najbliższa baza gastronomiczna. Tu właśnie łączą się różne szlaki, a wiele z nich ma swój początek. Kemping w Valnontey (1666 m n.p.m.), jako ostatni wysunięty przyczółek cywilizacji, okazuje się w 100 procentach zgodny z opisem znalezionym w sieci. Jest blisko, gościnnie i pachnie alpejską łąką. Campersi egzystują w zgodzie z ludźmi w namiotach, właściciele są bardzo mili, a widoki o poranku warte chłodnych, nieprzespanych nocy.

Białość widzę, białość…
Pierwszego dnia stawiamy na szlak obowiązkowy, który stanowić ma rekonesans i aklimatyzację. Całość przypomina nieco wyjście do Murowańca z Kuźnic, ale przy drastycznie mniejszej liczbie osób. Naszym celem jest rozległa dolina zawieszona nad Valnontey wraz z historycznym schroniskiem Vittorio Sella (2550 m n.p.m.). Wszystko zaczyna się stromym podejściem z dna doliny, najpierw lasem i dalej alpejskimi łąkami. Idziemy przy akompaniamencie owadów krążących nad polnymi ziołami i przy jednostajnym szumie strumienia, który spływa z górnej części doliny, gdzieś poza zasięgiem naszego wzroku. Tuż nad lasem rozciąga się przestrzeń kolorowych łąk, upstrzonych małymi słonecznymi kwiatami i krzewami z gatunku rododendronów w różnych odcieniach czerwieni. A ponad tym wszystkim roztacza się panorama wielu nieznanych nam szczytów i przełęczy, pobielonych śniegiem na tle błękitnego nieba. Ilekroć przystajemy, by złapać oddech, ten prawie nierealny pejzaż czai się za naszymi plecami.
Po blisko trzech godzinach docieramy do schroniska, na które składają się dwa równoległe kamienne budynki, wkomponowane w idylliczny pejzaż rozleglej doliny. Miałem nadzieję, że niegdysiejszy królewski przyczółek łowiecki, a obecnie komfortowe – jak na nasze standardy – schronisko wysokogórskie zrobi na mnie większe wrażenie. Ale szybko dochodzę do wniosku, że małe schroniska w Apeninach podobają mi się jednak bardziej.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też