Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Bieszczady

Piętnaście lat minęło

NPM 10/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Ulanowski
Z takimi pustkami na bieszczadzkich połoninach można się zetknąć tylko po sezonie lub pod koniec dnia (fot. Karolina Rzeźnik)
Knajpki z wegańskim jedzeniem, lokalne piwo, zagraniczni turyści – przez półtorej dekady Bieszczady zmieniły się bardzo. Tylko tłumy na szlakach wciąż te same.

W Bieszczadach ostatni raz byłem 15 lat temu. Zapamiętałem, że połoniny są piękne, ale wbrew stereotypom i piosence Wojciecha Młynarskiego – wcale nie puste. Zapamiętałem też, że noclegi w okolicznych miejscowościach należą do zadziwiająco tanich. W tym roku bez trudu dałem się więc namówić Karolinie na powrót w te góry. Bynajmniej nie dlatego, że liczyłem na tani nocleg. Chciałem zobaczyć, czy i jak zmienił się ten region.

Cień PRL-u
Jeśli chodzi o dojazd pociągiem z mojego rodzinnego Koszalina na południowy wschód Polski, zmieniło się niewiele. Nadal podróż wymaga cierpliwości. W pociągu do Poznania próbuję czytać na stojąco książkę, skutecznie unieruchomiony w zbitym tłumie radosnej młodzieży, powracającej z udanych wakacji nad Bałtykiem. Najszybciej i najbardziej luksusowo podróżujemy ze stolicy Wielkopolski do stolicy Mazowsza, gdzie jednak prawie godzinę musimy czekać na przesiadkę na ponurym dworcu Warszawa Zachodnia. Dworcu, który mógłby robić za scenografię do populistycznych spotów wyborczych o „Polsce w ruinie”. Późny wieczór, sklepiki o peerelowskim klimacie i sterty śmieci w przejściach podziemnych – to wszystko tworzy dość mroczny klimat.
Nocny pociąg do Zagórza jest już całkiem w porządku, o ile oczywiście potrafimy zasnąć w pozycji siedzącej. Przed południem meldujemy się na przystanku autobusowym i wsiadamy do pojazdu firmy Arriva. Jak się okazuje, maszyna dość słabo radzi sobie na górskich drogach. W końcu stajemy gdzieś w środku lasu, a kierowca informuje nas, że zagrzał się płyn i dalej nie pojedziemy. Na szczęście następny autobus pojawia się już po godzinie. Dalsza podróż upływa już bez przygód i wczesnym popołudniem wysiadamy w Wetlinie, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w Domu Wycieczkowym PTTK. A dzięki temu, że wysiadamy o jeden przystanek za daleko i musimy się cofnąć, po drodze widzimy budzące nostalgię szyldy, jak „Baza Ludzi z Mgły” czy „Cień PRL-u”.
– To gdzieś tu Olek Ostrowski stawiał pierwsze kroki na nartach – informuję współtowarzyszy, kiedy już dochodzimy do schroniska.
Właśnie przeczytałem w lokalnej gazecie artykuł o 27-letnim himalaiście i bieszczadzkim ratowniku, który zaginął tego lata w Karakorum. Zjeżdżał na nartach po zboczu Gaszerbrumu II i prawdopodobnie wpadł do szczeliny. Był doświadczonym narciarzem, zjechał na deskach między innymi z Czo Oju w Himalajach i z Kazbeku na Kaukazie. A zjazdy poza nartostradami pokochał właśnie w rodzinnych Bieszczadach.
– Olek był u nas od 2007 roku – wspomina Krzysztof Szczurek, naczelnik Grupy Bieszczadzkiej GOPR. – Brał udział w 39 akcjach i wyprawach ratunkowych. Skromny człowiek, zaangażowany, nie oszczędzał swoich sił – naczelnikowi wciąż trudno uwierzyć, że Olek nie przyjdzie już na służbę.

Górka pod sandałem
Warunki w PTTK-owskim domu są lepsze, niż oczekiwałem. Jest nas troje, a dostajemy pokój pięcioosobowy. W pokoju jest stolik i krzesła, na korytarzu czajnik elektryczny, a woda w łazience ciepła. Czego chcieć więcej? Natychmiast przyrządzam sobie chińską zupkę. Uwielbiam to niezdrowe jedzenie, ale pozwalam sobie na nie wyłącznie w warunkach turystycznych.
– To co, idziemy na Smerek? – pytam, kiedy już wszyscy jesteśmy najedzeni.
Karolina kiwa ochoczo głową, ale Albin odmawia. Źle znosi nocne podróże pociągiem, więc teraz zamierza odespać zaległości. Chcę zmienić buty biegowe, w których przyjechałem, na górskie. Tymczasem Albin nie szczędzi szyderstw: – Bez przesady, takie górki to mógłbym przejść nawet w sandałach. To nie Tatry.
Przypomina mi się, że pokonywanie bieszczadzkich szlaków w sandałach już przed laty zachwalała też moja koleżanka Gosia. – Chodziło mi się świetnie, jedynym minusem była konieczność obmycia stóp z błota – przekonywała.
Decyduję się zatem na mały eksperyment. Sandałów wprawdzie nie mam, ale buty biegowe są wystarczająco lekkie. Zresztą wchodzimy na Główny Szlak Beskidzki, który od wielu lat pokonują uczestnicy Biegu Rzeźnika. W Rzeźniku biegał i Olek Ostrowski. Dziś Karolina wybija mi jednak z głowy bieganie po górach. Zostaje więc szybki trekking.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też