Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tour du Mont Blanc

Pieszo, na mułach albo tramwajem

NPM 6/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Sebastian Fijak
Widok z zejścia z Col de Balme (2191 m n.p.m.) na masyw Mont Blanc (fot. Bogdan Jachowicz)
Jakże musiałby się zdziwić Horace-Bénédict de Saussure, gdyby wiedział, że jego naukowa wycieczka szlakiem dokoła wielkiej góry w przyszłości będzie przemierzana przez tysiące turystów: pieszo, na rowerach, z mułami, na koniach, a nawet biegaczy. Z pewnością dostałby od tej wyliczanki lekkiego zawrotu głowy.

Tour du Mont Blanc (TMB) to oznaczona żółto-czarnymi rombami trasa, uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Wszak okala najwyższą lub jedną z najwyższych (dla tych, którzy nad Białą Górę przedkładają Elbrus) gór Europy.
Dawniej sensownym sposobem, by wytłumaczyć swój pobyt w trudnych i niegościnnych rejonach, były badania naukowe. Po prostu, by nie być uznanym za szaleńca, trzeba było wyprawie nadać dodatkowy, intelektualny ton. Dzięki temu nie tylko możemy się cieszyć wspaniałymi trasami turystycznymi, ale i niezwykłymi osiągnięciami naukowymi. Właśnie bowiem dzięki wyprawom w rejon Chamonix (w tym pierwszemu obejściu masywu w 1766 roku i wejściu na sam szczyt parę lat później w wykonaniu Jacquesa Balmata i dr. Michaela Paccarda, a później Bénédicta de Saussure’a) zawdzięczamy pierwsze opisy geologiczne masywu Mt. Blanc czy też wynalazek higrometru włosowego, służącego do mierzenia wilgotności – przydatnego choćby do badania klimatu i pomiarów hydrologicznych.
Moja opowieść nie będzie typowym przewodnikiem, a raczej inspiracją mającą zachęcić do wyjścia na tę wspaniałą trasę w Alpach Sabaudzkich. Opisanie jej w całości w tym miejscu jest zadaniem praktycznie niewykonalnym. Dlaczego? Otóż wariantów przejścia Tour du Mont Blanc jest obecnie ponad 140, a gdyby doliczyć jeszcze liczne atrakcje na jej obrzeżach, mógłby powstać z tego materiał na niejeden przewodnik (zwłaszcza że przejście każdego z wariantów zajmuje od 7 do 14 dni).

Lodowiec ciągle pracuje
Zacznijmy jednak od samego początku, a zatem od miejscowości Les Houches, położonej nieopodal samego centrum doliny l’Arve, czyli Chamonix. To stąd właśnie po raz pierwszy ruszyłem na TMB. Miasteczko to jest świetną odskocznią od gwarnego Szamoniksu (jak nazywali go nasi alpiniści pojawiający się tam w latach 60., 70. i 80. ubiegłego wieku). Co ciekawe, podróż zaczyna się tu wspólnie z przyszłymi zdobywcami Mont Blanc, bowiem właśnie przy odjeżdżającej stąd kolejce Téléphérique de Bellevue wielu z nich rusza w świat lodowców. Warto tu jeszcze wspomnieć o położonym nieco niżej niż stacja kolejki polu biwakowym, prowadzonym przez lekko zakręconą francuską babcię (namiary w tabelce poniżej), na którym wytchnienie znajdzie każdy strudzony wędrowiec. Może być też ono świetną bazą wypadową właśnie na TMB.
Wróćmy jednak do kolejki. Zabierze nas ona w ciągu kilku minut wprost na grzbiet Bellevue (1800 m n.p.m.). Stąd mamy dwie możliwości: albo od razu ruszymy w stronę kolejki Tramway du Mont Blanc, albo wydłużymy wędrówkę o jeden dzień, kierując kroki do schroniska Tête Rousse (3167 m n.p.m.), leżącego już na klasycznej trasie na Mont Blanc. Dla tych, którzy nie boją się wysokości, może to być ciekawe urozmaicenie drogi. Gdy lato jest ciepłe, wejście na ten dodatkowy punkt programu nie nastręcza większego problemu – po drodze miniemy jedynie pole firnowe, nazywane szumnie lodowcem Tête Rousse, będące niestety tylko jego marnymi resztkami.
Osoby, które jednak wolą zrezygnować z dodatkowych atrakcji, po wyjściu z gondoli powinny się kierować na wprost, by prostopadle przeciąć tory kolejki Tramway du Mont Blanc. Dzięki temu dotrą do trasy trawersującej dolinę Bionnassay. To tu właśnie zacznie się nasza wędrówka.
Początkowo pójdziemy ścieżką wybitą w dosyć stromym zboczu, trawersując nieco w dół, by po 30 minutach dojść w pobliże wielkiego cielska lodowca Bionnassay. Podchodząc do niego, trzeba uważać na cały czas sypiącą się z niego morenę powierzchniową i wytapiające się kamienie, które z pluskiem wpadają do jeziorek tworzących się u stóp lodowej bramy. Po krótkiej kontemplacji widniejącej przed nami szaroburej masy lodu ruszamy dalej. I tutaj bonus – nad wartko opadającymi w dół lodowcowej doliny kipielami potoku rozwieszono mostek linowy – oczywiście we francuskim stylu zabezpieczony na kilka sposobów. Kładka ta nie jest zbyt groźna, chyba że przyjdzie nam po niej przejść tuż za osobą słusznych gabarytów – wtedy buja aż miło.
Najpiękniejszy rejon ciągle jest przed nami. Po godzinie dochodzimy bowiem do okolic przełęczy Col de Tricot (2120 m n.p.m.). Z trasy tej można podziwiać świecący niczym lustro w słońcu budynek zawieszonego nad przepaścią schroniska Goûter (3815 m n.p.m.) bądź wyglądające niczym zbudowane z zapałek schronisko Tête Rousse. Turyści o doskonałym wzroku mogą stąd podobno dojrzeć nawet kolorowe punkty przemieszczające się między tymi schroniskami. Na samej przełęczy, niestety, trudno usiąść. Trawa jest bowiem stale nawożona przez okoliczne owce i lepiej nie ryzykować spotkania z ich odchodami.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też