Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Śląski

Pierwsza śnieżna wycieczka

NPM 12/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Widok ze Skrzycznego (1257 m n.p.m.) w kierunku Kotliny Żywieckiej z pewnością jest wart sfotografowania. Trzeba się jednak liczyć z tym, że zastaniemy w tym miejscu gęstą mgłę (Fot. Tomasz Dębiec)
Doskonale jest mieć znajomych, mieszkających w różnych częściach gór. Odwiedziny starych kumpli, połączone z wyjściem w góry, to gwarancja dobrze spędzonego czasu. Dlatego też, gdy nadarza się okazja, ruszamy do Bielska-Białej, która niemal pełznie po stokach Beskidu Śląskiego.

Bielsko-Biała to zresztą dla zwolenników turystyki górskiej jedno z najlepszych miejsc do zamieszkania w Polsce: leży niemal w górach, a mimo to wyposażone jest we wszystkie atrakcje i wygody, które kojarzą się nam z tak zwanym wielkomiejskim stylem życia.
Siedzę więc w zaciszu domowej kuchni Pawła i, wpatrując się w mapę, próbuję ułożyć plan wycieczki.
– Możesz zrobić klasyka i przejść z Szyndzielni na Błatną oraz wrócić przez Wysokie – radzi kolega.
– Trochę krótka ta trasa – marudzę.
– Poza tym koniecznie chcę dotrzeć na Skrzyczne – dodaję i ten argument przesądza o marszrucie.
Pada na trasę: Szyndzielnia (1028 m n.p.m.) – Klimczok (1117 m n.p.m.) – Beskid (850 m n.p.m.) – Szczyrk – Skrzyczne (1257 m n.p.m.). A potem... A potem się zobaczy.

Zima na górze
Plan jest dość ambitny, a właściwie byłby, gdyby nie to, że zamierzam wykorzystać znajdujące się na tej trasie kolejki wwożące turystów na górę. Pierwsza to kolej gondolowa na Szyndzielnię, a druga to wyciąg krzesełkowy na Skrzyczne. Pierwszy wyjazd na Szyndzielnię jest o godzinie dziewiątej, a następne co pół godziny. I jeśli jadę tam prosto ze swojego domu (co najmniej półtorej godziny samochodem), z reguły udaje mi się zdążyć na pierwszy kurs. Tym razem jednak o tej porze korzystam jeszcze z gościnności kolegi Pawła, jedząc spokojnie śniadanie. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj wieczorem zarzucałem gospodarzom kolejki, że tak późno ją uruchamiają. Gotów byłem przysiąc, że jeśli pierwszy wagonik jechałby na górę o szóstej rano, to na pewno ja bym w nim siedział. Tymczasem dochodzi kwadrans po dziesiątej rano, a ja gorączkowo się pakuję, nie mogąc znaleźć rękawiczek. Co gorsza, termos nie mieści się w plecaku, bo wymyśliłem sobie, że koniecznie muszę przetestować znaleziony niedawno w szafie gruby wełniany sweter, który pamięta prehistoryczne czasy turystyki górskiej w Polsce.
– Zachowuję się pewnie w taki sposób przez ten artykuł Filipa o stylu retro, jaki ukazał się niedawno na łamach „n.p.m.” – doznaję olśnienia, gdy w końcu udaje mi się z największym trudem zamknąć plecak. – A zresztą pod Szyndzielnię stąd są jakieś trzy minuty jazdy samochodem, więc spokojnie zdążę na kurs kolejki o dziesiątej – pocieszam się i oczekuję, że Paweł mi przytaknie.
– W sumie masz rację – potwierdza kolega. – Zapomniałeś tylko o jednym, drobnym szczególe: samochód trzeba zostawić na parkingu dobre pół kilometra od wyciągu – sprowadza mnie na ziemię.
No, trudno. Ostatecznie udaje mi się zdążyć na odjazd o godzinie 10.30. Bilet kosztuje 15 złotych, ale dzięki niemu można zaoszczędzić sporo sił i jeszcze więcej czasu. Zabieram ze sobą narty
tourowe, bo chcę wykorzystać pierwsze w tym sezonie poważne opady śniegu. Do gondolki razem ze mną wsiada starszy pan. On też ma narty, tyle że biegowe.
Dzięki kolejce w ciągu sześciu minut pokonujemy czterysta pięćdziesiąt metrów różnicy wzniesień. I o ile na dole pogoda zniechęcała do jakiejkolwiek aktywności na świeżym powietrzu, bo było przeraźliwie wilgotno i szaro, to tutaj, na górze, jest zupełnie inaczej. Jest wprawdzie gęsta mgła, ale typowo zimowa aura z oszronionymi drzewami i poduchami śniegu musi się podobać. Z kolejnych wagoników wysiadają turyści i nie mogą się nadziwić, że jest tu tak zimowo. Sądząc po akcencie, przyjechali tu z jednego z miast na Górnym Śląsku. Z pewnością niełatwo było im się zdecydować na wycieczkę, gdy zobaczyli za oknem swojego domu typową jesienną szarugę. Teraz jednak na pewno nie żałują fatygi. Dzwonią do znajomych i entuzjastycznie opowiadają o tym, jak tu biało, zimowo i ładnie.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też