Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Japonia

Pielgrzymka kończy się boso

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karolina Bednarz
(fot. Karolina Bednarz)
Niektórzy w górach szukają oświecenia. Tak jak w Japonii, gdzie na trasę po trzech świętych górach, Dewa Sanzan, wyruszają tysiące wiernych i turystów.

Zatrzymuję się w jednym z licznych pensjonatów oferujących noclegi dla pielgrzymów. Drewniane podłogi skrzeczą i piszczą przy każdym kroku, a wiatr wciska się przez szczeliny ścian. Jestem jednym z niewielu gości: nie dość, że otrzymuję spory pokój tylko dla siebie, to jeszcze nagrzano wodę na kąpiel specjalnie dla mnie.
Rano o świcie biorę udział w modlitwie prowadzonej przez szintoistycznego kapłana i kilku innych gości. Po niej przystępuję do śniadania w stylu postnego, buddyjskiego jedzenia – shōjin ryōri. W roli głównej dzikie warzywa, określane mianem sansai, grzyby, tofu i ryż.
Ale podróż szlakiem Dewa Sanzan nie jest już taka sama jak dawniej. Mało kto idzie całą trasą pieszo, niektóre odcinki zostały poprzecinane przez drogi. Najłatwiej przeznaczyć dzień na każdą z gór, żeby móc w spokoju doświadczyć całkowicie trzech różnych miejsc.

Narodziny
Szlak zaczyna się u stóp położonej niedaleko góry Haguro (414 m n.p.m.). Na jej szczyt prowadzi 2446 schodów, zbudowanych w cieniu potężnych, kilkusetletnich cydrów. Ale zanim zacznie się wspinaczkę po wykutych przed wiekami stopniach, warto spędzić chwilę przy drewnianej pięciopiętrowej pagodzie. Tutaj dopiero dociera do mnie, co Japończycy mieli na myśli, tworząc specjalne określenie na promienie słońca przedzierające się przez gałęzie drzew: komorebi.
Od świtu minęło już kilka godzin, lecz las dopiero budzi się do życia. Wilgotne od rosy deski na mostku parują, a obłoki mgły rozpraszają jeszcze bardziej poranne światło. Czuję się jak w baśni. Zwłaszcza gdy dostrzegam wtopioną w brąz cedrów pagodę, która stoi tu nieprzerwanie od prawie 700 lat.
Schody w kamieniu zostały wykute na rozkaz naczelnego kapłana świątyni na szczycie Haguro. Całe przedsięwzięcie zajęło 13 lat. Wspinaczka na górę, stopień po stopniu, powoli mnie uspokaja, mimo że moje tętno systematycznie rośnie. Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego ascetyczni wyznawcy shugendō uznają to miejsce za święte. To nie same świątynie, a właśnie droga jest dla nich sposobem na oświecenie. Zatrzymuję się w malutkiej chatce, gdzie można pożywić się tradycyjnymi japońskimi słodyczami oraz mocną zieloną herbatą i spróbować spojrzeć na panoramę okolicy spomiędzy ogromnych cedrów. Gdy wydaje się, że to już prawie koniec, pani w kawiarni sprowadza mnie na ziemię.
– To dopiero jedna trzecia trasy – informuje.
O Haguro pisał najsłynniejszy japoński poeta Bashō Matsuo. Nic dziwnego, rzadko gdzie można poczuć tak wzniosłą atmosferę podczas wędrówki. Na szczycie czeka na wytrwałych pielgrzymów nagroda – oprócz zatłoczonej przez turystów świątyni (okazuje się, że autobus wjeżdża z drugiej strony…) jest także możliwość zjedzenia przygotowywanego przez mnichów posiłku w budynku pachnącym bambusowymi matami, zwanych tatami.
W porównaniu z wejściem, podczas którego przystawałam co chwilę, patrząc w górę na korony drzew, zejście zajmuje mi dosłownie chwilę. Mijam po drodze wykończonych Japończyków, którzy z grymasem na twarzy pytają mnie: – Daleko jeszcze?
– Jeszcze troszeczkę – odpowiadam, próbując ich pocieszyć. Ale wiem, że z każdym stopniem, po którym zbiegam w dół, są coraz dalej. Nie zaliczyli jeszcze symbolicznych „narodzin”, może to dlatego?
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Dewa Sanzan
Japonia

Zobacz też