Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Pęcherze darem pustyni

NPM 3/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Dziadek
(fot. Agnieszka Dziadek)
Szlak wiodący wzdłuż kontynentalnego działu wodnego Ameryki, od Meksyku do Kanady, jest uznawany za najtrudniejszy w całych USA. Dziki, odludny, pełen niebezpiecznych zwierząt, obiecywał wielką przygodę, wolność i samotność.

Continental Divide Trail w Górach Skalistych, bo o nim mowa, byłby zasadniczo szlakiem dość łatwym, gdyby nie długość – blisko 5000 kilometrów, warunki śnieżne i krótki sezon wędrówkowy w tym rejonie, który trwa od czerwca do września. Do tego częste pożary lasu i kompletne odludzie. Aby uzupełnić zapasy jedzenia, trzeba oddalić się od szlaku średnio o 50 kilometrów.
To trasa odmienna od długodystansowego szlaku Appalachian Trail (pisałam o nim w „n.p.m.” nr. 1/2019), którego trudności techniczne są niedoceniane. Tutaj nie będzie wiecznego deszczu i tak miłej człowiekowi zieleni. Nie ma też co marzyć o wiatach noclegowych. 109 nocy spędzę w namiocie, a przez większość czasu będę skazana tylko na własne towarzystwo. Na trasie spotkam jedną, najwyżej dwie osoby dziennie.

Na starcie
Po dwóch dniach podróży z Polski etap przygotowań nagle przechodzi w stan realizacji. Jestem na granicy Meksyku i USA – na pustyni Chihuahua. Nade mną ciągną smugi szarych chmur. Przegania je wiatr i wkrótce zostają po nich tylko nieliczne białe strzępy.
Nigdy nie byłam na pustyni. Aż boję się spojrzeć poniżej linii horyzontu. Suche powietrze jest pozbawione zapachu. Słońce grzeje, choć jeszcze godziny brakuje do południa, więc nie osiągnęło zenitu. Ale już świeci z wysoka, prosto na moją głowę. Przez chwilę zastanawiam się, co powinnam zrobić. Czy powinnam już iść, a może zaczekać na jakąś uroczystą chwilę? Dziewięciu stojących obok mnie hikerów robi sobie szybkie selfie, po czym wszyscy ruszają, jeden za drugim, i znikają. Widzę jeszcze kolorową czapkę jednego, a potem już zupełnie nic.
I dobrze – chcę mieć pustynię dla siebie. Siedzę jakiś czas pod monumentem, oznaczającym południowy kraniec szlaku. Skubię winogrona i czekam na odpowiedni moment. Wreszcie zarzucam plecak obciążony czterema litrami wody, biorę głęboki oddech i patrzę na zegarek: godzina 11, 27 kwietnia 2018. Czas w drogę, Kanada czeka.
Pierwszy dzień na trasie to oswajanie się z pustynią. Idzie mi się dobrze, nogi poruszają się miarowo, a oczy już śmiało lustrują krajobraz. Dominują w nim nagie wzgórza wyrastające z płaskiej pustyni, porośnięte z rzadka niskimi krzewinkami i kaktusami. Kaktusy właśnie kwitną, jest żółto, czerwono, purpurowo.
Przez pustynię wędruję przez następne trzy tygodnie. Monotonię pustych pastwisk i równin przerywają kaniony i tęczowe klify osamotnionych wzniesień. Wody szukam w korytach, z których piją krowy – to najpewniejsze źródło wody na pustyni. Krowy należą do ranczerów, których posiadłości mają setki hektarów, stąd jednocześnie widuje się tylko kilka sztuk. Dla większej liczby nie wystarczyłoby pokarmu.

Kąpiel w gorącym źródle
Po opuszczeniu znanego z westernów miasteczka Silver City po raz pierwszy rozważam wybór trasy. W odróżnieniu od pozostałych głównych szlaków amerykańskich, Continental Divide Trail ma oprócz oficjalnego przebiegu szereg wariantów. Staram się nie korzystać z nich zbyt często, bo większość to skróty, a przecież mnie interesują dystanse długie, nie krótkie. Tym razem jest jednak inaczej.
Dolina rzeki Gila to jeden z najpiękniejszych fragmentów Nowego Meksyku. Wędrówka jej kanionem to właśnie taki wariant. Czerwonawe zbocza górują nad wijącą się w dole rzeką. Szlak to tylko fragmenty ścieżki i niezliczona ilość brodzenia, bo na każdym zakręcie głębina rzeki znajduje się pod stromą skalną ścianą i w poszukiwaniu przejścia trzeba dostać się na drugą stronę.
Największą przyjemność tego odcinka stanowi kąpiel w gorącym źródle. Znajduje się ono w głębi lasu, więc wyszukuję jego położenie za pomocą GPS-u. Zależy mi na tej kąpieli także ze względów towarzyskich. Wiadomo, że zejdą się tam również inni wędrowcy. I faktycznie, zjawia się znajomy Australijczyk Aaron, a po godzinie przychodzi jeszcze para wędrowców Katie i Jake. Zrzucają zakurzone ubrania i dają nura w wodę. Zanurzeni po szyję gawędzimy:
– Jak tam pęcherze? – pytam.
– Okropne. Mam już trzeci w tym samym miejscu – odpowiada Jake.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Ameryka Północna (m.in. Góry Skaliste, Alaska, Grenlandia)

Zobacz też