Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Gruzja

Panie Meller, gdzie ta Gruzja?

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Maciej Sokołowski
Stepancminda. Widok na Kazbek i słynny klasztor (fot. Maciej Sokołowski)
Do Gruzji pojechaliśmy, bo tam są góry i dlatego, że już tam wszyscy byli. A zwłaszcza był tam niejaki Marcin Meller, któremu tak się spodobało, że napisał o tym kraju książkę „Gaumardżos”, która prześladowała nas przez cały wyjazd. Ale o tym później. Tymczasem było nas czterech, każdy normalny inaczej.  

Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę gór Swanetii – „najgruzińskiej” części Gruzji. Na placu odjazdu marszrutek – busów pamiętających czasy świetności Kylie Minogue – wywołaliśmy awanturę i prawie doprowadziliśmy do bójki kierowców, którzy wobec braku sezonu turystycznego dość natarczywie szukali chętnych na wyjazdy w góry. Nie mogąc się sami zdecydować, przysłuchiwaliśmy się potokom słów wypowiadanych w języku nie przypominającym absolutnie żadnego innego narzecza. Może tylko w momencie naprawdę ostrej sprzeczki brzmieli jak japońscy samuraje wykrzykujący gardłowym głosem „harakiri!!!”.

Ślubował, że pić nie będzie
Wreszcie się porozumieli i wsiedliśmy do poczciwej starej łady. Kierowca z dumą ruszył z placu w kierunku dokładnie przeciwnym do zaplanowanego. Po chwili zatrzymaliśmy się przy jakimś domku; szofer wykrzyknął, że idzie po wino, i znikł. Pojawił się faktycznie po chwili z siatką pełną plastikowych butelek, z których jedną od razu nam wręczył. W środku ciemny płyn okazał się wybornym gruzińskim winem, które piliśmy w czwórkę – kierowca o dziwo nie chciał. Meller pisał co prawda, że kierowcy w Gruzji piją więcej od pasażerów, ale czasy się chyba zmieniły.
Ruszyliśmy w góry, serpentynami i świeżo wyremontowanymi drogami. Z tym że w Gruzji słowo „remont” oznacza usunięcie kamieni, które spadły na drogę, i zaklajstrowanie dziur, które w wyniku tego powstały. Ale nie był to ostatni raz, kiedy definicje znane w Europie nijak mają się do gruzińskiej rzeczywistości. W końcu Gruzja to nie kraj – Gruzja to zjawisko. Po kilku godzinach zapierającej dech w piersiach jazdy wylądowaliśmy w Mestii. Noc była już ciemna jak sumienie Putina po zajęciu Krymu, ale tak się jakoś zdarzyło, że kierowca znał kogoś, kto znał kogoś, kto miał pokoje do wynajęcia – i błyskawicznie wylądowaliśmy w domu trzypokoleniowej rodziny. W niej – tylko jeden mężczyzna. Myśleliśmy, że zaraz flaszki wylądują na stole – ale co się okazuje: mężczyzna ślubował, że pić nie będzie! O co chodzi? Panie Meller, Pan żeś pisał, że wszyscy piją, a tu co? To był pierwszy i ostatni raz, kiedy nie zadbaliśmy o własne trunki wcześniej.

Cztery pokoje, sześcioro obsługi
Następnego dnia zaczął padać deszcz. Niby normalne o tej porze roku, ale jakoś tak nas to zaskoczyło. Każdy myślał o Gruzji jako o kraju jednak dość tropikalnym. W ramach poszukiwania internetu trzeba było ogarnąć „socjal midia”. Zawędrowaliśmy do muzeum. Wyglądało ono, jakby było wybudowane za pieniądze Unii Europejskiej – ogromny gmach za ogromne pieniądze, a w środku pusto. To znaczy niezupełnie. W środku znajdowało się czterech ochroniarzy, sześć pań salowych pilnujących, aby nie dotykać eksponatów, trzy panie bileterki, jedna szatniarka, dwie sprzątaczki i nasza czwórka. Z niezwykłą estymą sprzedano nam cztery kartoniki, które natychmiast zostały skontrolowane i przedarte. Zagłębiliśmy się w zwiedzaniu czterech (!) salek wielkości dużego pokoju w M-4. Widać gigantomania poddała się regułom globalizacji i jest wszędzie. Z całego muzeum najfajniejszy okazał się właśnie internet, który oczywiście był „zahasłowany” – i aby hasło zdobyć, trzeba było najpierw wypytać kolejne szczeble gruzińskiej biurokracji, a w końcu i tak z czeluści biur musiała wychynąć kolejna pani. Hasło jak hasło – „123456789”.
Internet poinformował, że padać będzie również jutro i pojutrze. Słowem – nie ma na co czekać, trzeba z gór spadać. No i spadliśmy do Batumi – miejsca znanego pokoleniu naszych rodziców, którzy o wyjeździe nad Morze Czarne mogli tylko pomarzyć. Myśmy też marzyli – żeby jak najszybciej z niego wyjechać. Miasto było skrzyżowaniem Sopotu z Mielnem, z koszmarną kamienistą plażą, która ginęła gdzieś w strugach deszczu i fal. Gdy już wyjeżdżaliśmy na dworzec kolejowy, taksówkarz chwalił oczywiście naszego śp. prezydenta i byłego prezydenta Saakaszwilego.
Na pytanie Wojtka, kto jest teraz prezydentem Gruzji, taksówkarz, machnąwszy ręką i zręcznie wymijając otwartą studzienkę w jezdni, wyrzucił: – Ch.. jego znajet!
W drodze z Batumi do Tbilisi, spędzonej w całkiem przyzwoitym przedziale Georgian Railways, od słowa do słowa zaczęły ukazywać się pragnienia męskiej części wyprawy (czyli konkretnie wszystkich) związane z poznaniem lokalnych przedstawicielek płci przeciwnej. Upierałem się, by chodziło o płeć piękną, koledzy zakrzyczeli mnie jednak, że nie trzeba być tak zasadniczym. Kolejne kilometry upływały nad konkretyzowaniem planów i snuciem wizji, które wraz z kolejną butelczyną czaczy były coraz wyraźniejsze i coraz bardziej realne. Tymczasem obudził nas konduktor z informacją, że czas już na opuszczenie wagonu, który dotarł na stację końcową.

Donovan kontra mafia
Ruszyliśmy w miasto Tbilisi. Tuż po godzinie ósmej rano wtargnęliśmy do hostelu, który ogłaszał się w gazetce dla hipsterskich travelersów jako niezwykle przyjazny, a do tego bardzo imprezowy. Początkowo wszystko zdawało się potwierdzać ten oczekiwany stan rzeczy. Otwierający nam jegomość wyglądał, jak gdybyśmy obudzili go po szampańskiej zabawie. Ład w hostelu również wskazywał na niejedną bibę. Rzeczywistość była jednak zgoła tragiczna. Stanowiliśmy jedynych gości hostelu. Jegomość będący jedynym personelem był Australijczykiem, co w zasadzie wyklucza porozumiewanie się po angielsku – w znaczeniu tego, co my rozumiemy przez język angielski – a rosyjskiego nie zna. Do tego zajmował się malowaniem obrazków przedstawiających białe niedźwiedzie, i to w dość kiczowatej stylistyce, przypominającej polskie jelenie na rykowisku.
– Jason Donovan – ochrzcił go Szymon, bo jegomość się nie przedstawił, a my baliśmy się zapytać, bo jeszcze zacząłby coś mówić w narzeczu Krokodyla Dundee. Dla młodszego pokolenia ważne jest pewnie małe wyjaśnienie. Otóż w latach 80. Jason Donovan był w Australii takim ówczesnym Justinem Bieberem, który na świat wypłynął dzięki duetowi „Especially for you” z Kylie Minogue. Po tej piosence w szerokim świecie słuch o nim zaginął.
Błogi spokój przerwało walenie w drzwi. Donovan siedział ze słuchawkami na uszach i nie słyszał absolutnie nic. Przy drzwiach stał Wojtek, więc otworzył. Do środka wpadło czterech niemałych Gruzinów ubranych w obcisłe skórzane kurtki, jeansy z celowo przetartymi dziurami i w ciemnych okularach na nosie. Słowem typowy Gruzin albo członek mafii – przez cały wyjazd nie osiągnęliśmy umiejętności rozróżniania. Zaczęli coś wykrzykiwać w swoim języku, a trzeba wiedzieć, że jak Gruzin mówi „kocham cię”, to brzmi to „me shen miqvarkhar” i wypowiadane jest gardłowo – nosowym głosem japońskiego samuraja ogłaszającego seppuku. A oni bynajmniej nie mówili, że nas kochają. Wojtek z racji tego, że Donovan dalej nic, zaczął mówić po rosyjsku, że nie mamy pieniędzy i że jak haracz, to raczej do tego ze słuchawkami na uszach. Oni zaczęli wykrzykiwać coś głośniej i gestykulować. Wojtek tłumaczył nerwowo i rozglądał się, gdzie uciec. Donovan zdjął słuchawki, ale nic nie rozumiał i patrzył z miną misia koala. A na dworze świeciło słońce. Panowie w końcu wyciągnęli legitymacje – nie wynikało z nich absolutnie nic, bo zapisane były gruzińskimi znaczkami, które przypominają dziecięce wariacje na temat literek „m” i „w”.
Któryś z mafiosów w końcu po angielsku wydukał istotę swojej pracy: – Water pomp.
– Aaahaaaa – panowie przyszli spisać liczniki do wody.

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też