Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Górski wolontariat

Pani, to nie pies, tylko wiewiórka!

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
Nie ma nic przyjemniejszego niż poznawanie fauny i flory tatrzańskiej w terenie. Szkolenie w Dolinie Kościeliskiej z koordynatorem wolontariatu w TPN Janem Krzeptowskim (pierwszy z prawej) (fot. Karolina Barciszewska-Kozioł)
Życie wolontariusza w Tatrach z pozoru nie jest ciekawe. Sprzątanie szlaków, udostępnianie ekspozycji w muzeach i monitorowanie ruchu turystycznego (czyli siedzenie i liczenie turystów) nie brzmią fascynująco. A jednak gdy po raz pierwszy trafi się do bazy w Kirach, człowiek wpada jak śliwka w kompot. Tatry widziane od środka prędzej czy później uwiodą każdego.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy spotkałam pierwszego wolontariusza w Tatrach. To było pięć, może sześć lat temu. Drobna brunetka siedziała znudzona na kamieniu niedaleko wejścia do Jaskini Mylnej. Jeden z moich znajomych zapytał ją, co tam robi.
– Jestem wolontariuszką, akurat monitorujemy ruch turystyczny – wyjaśniła z uśmiechem. – I tak cały dzień będziesz tu siedzieć? – spytaliśmy ze zdziwieniem. –Jeszcze kilka godzin – odparła.
To był piękny, słoneczny dzień. My spędzaliśmy go leniwie, bo po kilkudniowym intensywnym pobycie w Tatrach byliśmy już mocno zmęczeni, a nasz pociąg do domu odjeżdżał dopiero wieczorem. Ale żeby tak siedzieć cały dzień na kamieniu? Mimo że już wtedy idea wolontariatu nie była mi obca, to jednak nie zachwycił mnie pomysł spędzania czasu w górach w taki sposób. Przyczyna była bardzo prozaiczna: wyrwanie się z Wielkopolski na kilka dni w Tatry w roku szkolnym, a później akademickim traktowałam jako czas, który muszę wykorzystać jak najintensywniej. Chciałam spędzić tych kilkadziesiąt godzin na szlakach, a nie w jednym miejscu, prowadząc statystyki. Po kilku kolejnych pobytach w górach pomyślałam jednak, że może warto spróbować.
W rezultacie w 2012 roku zgłosiłam się do zadania polegającego na opowiadaniu turystom zgromadzonym nad Stawem Smreczyńskim o Dolinie Kościeliskiej, samym stawie, faunie i florze tego miejsca oraz przepisach obowiązujących na terenie TPN. Ostatecznie w samym wolontariacie nie wzięłam udziału. Pierwszego dnia dowiedziałam się, że muszę wracać do Poznania. Ale coś we mnie drgnęło i w kwietniu 2013 roku napisałam maila do koordynatora tatrzańskiego wolontariatu z pytaniem, czy nie mogłabym się im do czegoś przydać. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: „Jest miejsce na majówkę, chcesz przyjechać?”.

Leśnik w górach
Więcej nie trzeba mi było. Szybko się pakuję i pod koniec kwietnia, razem ze swoją siostrą, wysiadam na dworcu w Zakopanem. Pogoda w Tatrach jest idealna, do tego dużo jak na tę porę roku śniegu i pustki na szlakach. No i dwa wolne dni przed pierwszym szkoleniem w dyrekcji TPN. Czy można chcieć czegoś więcej? W ramach rozgrzewki wybieramy się na Czerwone Wierchy, a ja już pod Kopą Kondracką zaczynam nabierać wątpliwości, czy aby na pewno chcę spędzić tydzień, sprzątając dolinki reglowe – jedyne miejsca, gdzie śnieg powoli odkrywa umęczoną kilkumiesięczną zimą trawę i... nagromadzone śmieci.
W dniu szkolenia moja siostra Ulka zaprowadza mnie pod siedzibę dyrekcji TPN w Kuźnicach, zupełnie ignorując subtelnie wyrażane przeze mnie niezadowolenie z tego faktu. Ostatnia szansa na odwrót zostaje pogrzebana przed budynkiem TPN, gdzie spotykamy Jana Krzeptowskiego, koordynatora wolontariatu.
– To co? Idziemy? – rzuca w moją stronę.
Jasiek, niespełna 30-letni góral z Kościeliska, zajmuje się wolontariuszami od 2009 roku (sam wolontariat działa w Tatrach dwa lata dłużej) i wciąż nie brakuje mu entuzjazmu. Uśmiech niemal nie znika z jego twarzy, a kiedy podpytuję go o plany na najbliższe miesiące, wymienia bez wahania kilka pomysłów na rozszerzenie działalności. Jak trafił na to miejsce?
– Wczesną wiosną 2009 roku pisałem projekt edukacyjny dla TPN, ale ten wniosek nie przeszedł. Wtedy Szymon Ziobrowski [od kwietnia 2014 dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego – przyp. red.] zaproponował mi pokierowanie wolontariatem, który nie działał najlepiej. Zaskoczyła mnie ta propozycja. W końcu jestem leśnikiem i to przyroda jest tym, na czym się znam –opowiada.
Pierwszą grupą wolontariuszy, którą dostał pod swoją opiekę, byli praktykanci z kierunku “Turystyka i rekreacja” z Łodzi.
– Do dziś pamiętam niektórych z nich: Pawła, Maćka czy Natalię. Wolontariat funkcjonował wtedy tylko od czerwca do września. Ten pierwszy sezon to był żywioł, było za dużo wszystkiego na raz. W kolejnych latach wydłużyłem okres wolontariatu do pięciu, sześciu miesięcy w roku – wspomina.
Kiedy spotykamy się na obowiązkowym szkoleniu przed majówką, Janek z pewnością nie jest już zagubionym, początkującym koordynatorem. Akurat szykuje się do wyjazdu w Góry Stołowe, gdzie zamierza wspomóc tamtejszy, raczkujący jeszcze wolontariat.
Wcześniej jednak czeka nas jeszcze obowiązkowe szkolenie, na którym Jasiek przedstawia nam najważniejsze informacje dotyczące samego projektu, Tatr, górskiej przyrody i przepisów. Nakreśla również zadania na najbliższy tydzień. Szybko się okazuje, że jako jedyna w grupie jestem na wolontariacie po raz pierwszy. I tylko ja nie wiem, co mnie czeka, kiedy pod koniec szkolenia ktoś rzuca hasło: – To teraz jedziemy do „Storczyków”.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

Cały tekst o tatrzańskim wolontariacie (a także o wolontariacie w innych pasmach polskich gór) znajdziecie w najnowszym numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też