Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Tragedia na Chan Tengri

Pan Niebios zabrał wszystko

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
Waldek Graj w górach szukał psychicznego relaksu (Fot. Archiwum Rodzinne)
Nie pomogły ekipy ratownicze. Nie dał rady partner z wyprawy, a jeden z najznakomitszych himalaistów świata jedynie stwierdził zgon. Waldemar Graj, 37-letni alpinista z Oławy, został na zawsze na ścianie siedmiotysięcznika Chan Tengri. Od tej tragedii minęło pół roku. Ale to nie koniec dramatu rodziny Waldka, który zostawił żonę i dwóch synów. Od sześciu miesięcy trwają bezskuteczne starania, by sprowadzić ciało do Polski. Chłopcy nie rozumieją, dlaczego taty nie ma… Przecież nie było pogrzebu.

Oława. Małe miasteczko leżące w cieniu wielkiego Wrocławia. Do stolicy Dolnego Śląska prawie trzydzieści kilometrów. Nic dziwnego, że kto tylko może, ucieka z małej mieściny, gdzie niewiele się dzieje. Zamknięto nawet kino, a kto chce uczestniczyć w życiu kulturalnym, ten wsiada w samochód lub busa i jedzie do Wrocławia. Niektórzy cenią sobie jednak małomiasteczkowy spokój. Blisko do szkoły, blisko do pracy. Bezpieczniej, a życie płynie trochę wolniej. Ma się czas dla rodziny, można także zaplanować wymarzoną wyprawę, na przykład w góry. Takie właśnie życie wybrał Waldek Graj. Bo dla niego liczyły się właśnie te dwie rzeczy: rodzina i góry.

To się późno zaczęło
Przytulne mieszkanie na oławskim osiedlu. Na ścianach zdjęcia z górskich wypraw, na półkach niezwykłe pamiątki. Ten, kto je przywoził, na pewno nie wypoczywał bezczynnie na plaży. Wzrok od razu przyciągają liczne antyki.
– Toczyliśmy spory o górskie wyjazdy. Czasami próbowałam mu tłumaczyć, ile dalekie wyprawy kosztują. A on po każdej kupował do domu antyki i mówił, że wszystko będzie dobrze – opowiada żona Alina Graj.
Kiedy się poznali, Waldek w ogóle nie śnił o wysokich górach. Owszem, był harcerzem. Wyjeżdżał w Bieszczady i Karkonosze. Trochę wspinał się w skałkach, wchodził na Orlą Perć w Tatrach. Ale nic ponad to. Nic, co wiązałoby się ze skrajnym niebezpieczeństwem. XXI wiek wiele w ich życiu zmienił. Waldka przyciągnęły najwyższe szczyty. Po raz pierwszy w 2003 roku.
Najpierw był Elbrus w sercu Kaukazu. Nie udało się. Kilka tygodni fatalnej pogody i powrót na tarczy. Później wzrok utknął na Matterhornie. Też się nie powiodło. Przerwał wspinaczkę na jednej trzeciej wysokości. Ale do trzech razy sztuka. Tym razem wybór padł na najwyższy szczyt Ameryki Południowej. I wreszcie się udało. Aconcagua znalazła się pod jego stopami.
– Po powrocie był bardzo szczęśliwy – wspomina żona.
Przyznaje szczerze, że nie podobały się jej wyjazdy męża, ale nie miała wyjścia.
– Miałam stanąć w drzwiach? W górach mógł się wyciszyć. Po stresującej pracy szukał tam psychicznego relaksu. Zaraził się wspinaczką.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też