Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Rumunia

Owce i tajemnica Watykanu

NPM 7/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Bartosz Wrześniewski
Taki poranek zastał nas po noclegu pod szczytem Omu. Jak widać psu też tu się podoba (fot. Bartosz Wrześniewski)
Majestatyczne góry, pasterze ze swoimi owcami, ser kaszkawał, palinka i unosząca się nad okolicą legenda o mrocznym Hrabim Draculi – taka właśnie jest Transylwania. Z namiotem na plecach i psem u naszego boku przemierzyliśmy najbardziej spektakularne pasma górskie tego regionu. 

Wyprawa do Rumunii zaczęła się od mapy. Od skrawka ziemi zamkniętego na kartce papieru, ograniczonego twardą logiką grafiki i tekstu. Ta prosta rzeczywistość może nam jednak sporo powiedzieć o miejscu, do którego zmierzamy. I tak widok z lotu ptaka na Arad – miasto leżące na granicy Węgier i Rumunii – ukazał nam fantazyjne kształty: leniwie wijąca się dookoła miasta rzeka Mureş zakręca nagle na północ, zwija się w półokrąg, by wrócić do wcześniej obranego kierunku. Gdy z góry przyglądam się tej barwnej architekturze linii i punktów, niebieska kreska przywodzi na myśl postać kobiety leniwie wylegującej się na sofie. Okalające rzekę od północnej strony miasto mogłoby posłużyć jej jako ogromny kapelusz, a niżej – po stronie południowej –jako ubiór. I ta krótka, prosta nazwa: dwie samogłoski i dwie spółgłoski. Arad.

Kapeluszowa taktyka
Wraz z moją partnerką rozważamy kilka opcji dotarcia do celu, ale przecież wiadomo, że musimy poznać damę w kapeluszu, która się nam ukazała, gdy studiowaliśmy elektroniczną mapę. 
Ruszamy ze stolicy Węgier. Szybki rekonesans: langosz, falafel, lokalne piwo, pobieżne zwiedzanie centrum Budapesztu i dwie godziny później siedzimy już w wygodnym pociągu, podziwiając niemające końca pola słoneczników i papryki. Arad w przeszłości był miastem węgierskim, dopiero po pierwszej wojnie światowej przeszedł pod administrację rumuńską. Jednak wpływy dawnej przynależności widoczne są tu do dziś – patrząc na architekturę, możemy odnieść wrażenie, że nadal przebywamy na Węgrzech. W Aradzie nie znajdziemy jednak zbyt wielu miejsc, jakie zwykle interesują turystów, ale takie miasto też warto zwiedzić – choćby po to, by poznać autentyczną twarz regionu.
My jednak na zwiedzanie Aradu nie mamy wiele czasu ani siły. Kobiety w kapeluszu nie poznajemy, ale mamy okazję spojrzeć w twarz miastu, które jeszcze do niedawna znaliśmy jedynie z mapy oglądanej na monitorze komputera.

Szczęśliwy stop
Następnego dnia budzimy się kilkanaście kilometrów dalej, pod kościołem, nieopodal trasy wiodącej z Aradu przez Devę do Sibiu i dalej – do Braszowa. Pakujemy się pośpiesznie i stajemy na trasie, a 10 minut później siedzimy już w samochodzie sympatycznego młodego kierowcy, który okazał się przedstawicielem handlowym wracającym właśnie z podróży służbowej z… Aradu! Ten rozmowny, choć średnio władający angielskim trzydziestolatek zawozi nas do swego rodzinnego miasta… Przejechaliśmy jednym stopem przez pół kraju prosto do celu – do oddalonego o 400 kilometrów Braszowa!
Jeszcze w czasie podróży kierowca zaprosił nas do domu na kawę, która po niespełna pięciu minutach przerodziła się w palinkę – rumuński specjał, odpowiednik naszej śliwowicy, najczęściej pędzony samodzielnie w domu. Poznajemy jego żonę i córkę. Rozmawiamy długo o Polsce i Rumunii, jedzeniu, obyczajach, kosztach życia, górach i ogólnie o turystyce. Zwiedzamy przepiękną, położoną wśród gór braszowską starówkę, biesiadujemy z naszymi gospodarzami przy tradycyjnej rumuńskiej kolacji.
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Rumunia

Zobacz też