Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzenia |

Ostra jazda na karkonoskiej grani

NPM 5/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
Polana Jakuszycka, 10 marca. Jest dopiero 7.15, a ja już trzęsę się z zimna. Do tego tony adrenaliny buzują we krwi. Dobrze, że kurtka dzielnie walczy z wiatrem i marznącym deszczem. W takiej chwili ratuję się myślą, że udział w tej imprezie to nobilitacja.

Stoję na starcie V Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Pięć lat temu zdobył on zimą Broad Peak i został na nim na zawsze. A dziś prawie 400 osób weźmie udział w tym kultowym biegu, by uczcić jego pamięć. Przed nami trudna przeprawa po głównym grzbiecie Karkonoszy, aż do Karpacza. Łącznie 55 kilometrów. Ale nic nie dzieje się przypadkowo. Aby ruszyć na trasę, trzeba mieć szczęście w losowaniu, bo chętnych jest więcej niż miejsc, i udokumentować ukończenie minimum dwóch górskich maratonów. Taka selekcja ma zapewnić organizatorom bufor bezpieczeństwa. A zawodnikom dać nadzieję, że w jednym kawałku spotkamy się na mecie.
Pierwsze kilometry to zbieg w stronę Wodospadu Kamieńczyka i mozolne podejście do schroniska na Hali Szrenickiej (1195 m n.p.m.). Gdy tylko wychodzę ponad granicę lasu, z nieba lecą śnieżne igły. Poziomo, pod kątem, po oczach, po twarzy. Walą bez litości.
– Póki co wieje 45 kilometrów na godzinę, a ma dochodzić do 80! – woła jeden z goprowców zabezpieczających bieg.
Chowam się w ciepłych murach schroniska. Wkładam drugą parę rękawiczek i korzystam z dobrodziejstw punktu żywieniowego: czekolada, banan, łyk ciepłej herbaty i pora wracać do lodowego piekła. Widoczność spada do pięciu metrów. Zmrożone skalne Trzy Świnki i wszechogarniająca biel przypominają arktyczne krajobrazy. Ludzie zbijają się w grupki. Biegniemy po kilka osób blisko siebie, aby osłonić się przed wichurą na Łabskim Szczycie (1472 m n.p.m.). Niewiele lepiej jest nad Śnieżnymi Kotłami. Ledwo dostrzegam stację przekaźnikową. W tych warunkach wygląda jak opuszczona baza kosmiczna z filmów Ridleya Scotta. Na dodatek prawa część ciała, przyjmująca większość podmuchów, zdaje się powoli zamarzać. Zaczynam żałować, że nie wziąłem gogli. Dobrze, że do kolejnego punktu w schronisku Odrodzenie (1236 m n.p.m.) zostało sześć, może siedem kilometrów.
Na Przełęczy Karkonoskiej (1198 m n.p.m.) robię rachunek sumienia: 22 kilometry zaliczone, a więc półmaraton w nogach. Czuję wszystkie palce – jest nieźle. Zatem lecimy dalej na słynny trawers pod Małym Szyszakiem (1439 m n.p.m.) i Smogornią (1490 m).
– Na tym odcinku znienawidzicie bieganie po górach – usłyszałem wczoraj na odprawie dla zawodników.
Święte słowa. Ścieżka jest śliska i wąska. Stopy osuwają się z każdym krokiem. Trzeba się pilnować, żeby nie zjechać do kotła poniżej. Ulga przychodzi dopiero na Równi pod Śnieżką. Do Domu Śląskiego mam rzut beretem. A tam czeka już ciepła zupa pomidorowa, nalewana przez Kamilę Cyganek, zastępcę burmistrza Karpacza. Jest również najbliższa rodzina Tomka Kowalskiego, troskliwie pomagająca każdemu uczestnikowi. W drugiej sali spotykam… Rzymianina. To jeden z wrocławskich morsów z mieczem, tarczą, w hełmie i w samych slipkach. W takim stroju zdobywa dziś Śnieżkę (1602 m n.p.m.), więc nie wypada mi psioczyć na mróz. Zakładam raczki i ruszam na najwyższy szczyt Karkonoszy. Na podejściu wyprzedzam kilka osób, ale pod słynnymi talerzami i tak każdy krąży niczym zombie.
– Wiesz, gdzie biec? Szukaj za 50 metrów drugiego takiego w żółtej kamizelce! – krzyczy w zamieci jeden z wolontariuszy.
Ruszam po omacku w dół, wypatrując ludzi. Aż teren wypłaszczy się przy czeskim schronisku Jelenka. Blisko stąd na Przełęcz Okraj (1046 m n.p.m.), gdzie wpadam na ostatni punkt kontrolno-żywieniowy. Do mety mam 17 kilometrów, ale za to w realiach wiosennych, bez śniegu. Na deser zostaje wykańczający podbieg na Budniki. Stąd już prosta droga na deptak w Karpaczu. Aż trudno uwierzyć, że najszybsza z kobiet, Katarzyna Solińska, pokonała tę trasę w 5 godzin i 33 minuty. Jeszcze bardziej niesamowity czas wykręcił zwycięzca wśród mężczyzn i jednocześnie w kategorii open Michał Rajca. Przebiegł Karkonosze w 4 godziny i 32 minuty. I rekordzistą pozostanie przynajmniej do następnego roku.
Mój czas 7 godzin i 53 minuty to na pewno nie jest żaden rekord. Ale dla mnie najważniejszy jest fakt, że w dobrej kondycji ten niezwykły bieg ukończyłem. 
Michał Parwa

-----
Ania Czerwińska ma Super Kolosa
Zdobywczyni sześciu ośmiotysięczników i pierwsza Polka z Koroną Ziemi – Anna Czerwińska otrzymała w tym roku w Gdyni Super Kolosa za całokształt swoich osiągnięć.
Jak co roku gdyńskie Kolosy przyciągnęły tysiące miłośników przygód z całego kraju. Widzowie obejrzeli najciekawsze pokazy z ubiegłorocznych wyczynów podróżniczych, rowerowych, górskich czy żeglarskich, a zwieńczeniem trzydniowych prelekcji była gala, na której wręczono nagrody i wyróżnienia dla najlepszych.
Wśród tegorocznych laureatów nie zabrakło ludzi gór. Super Kolos to jedna z najbardziej prestiżowych nagród, przyznawanych za całokształt osiągnięć lub za wybitne dokonanie zespołowe. W tym roku statuetka trafiła do polskiej himalaistki, Anny Czerwińskiej.
– Kiedy kilkanaście lat temu otrzymałam Kolosa za wejście na Mount Everest i skompletowanie Korony Ziemi, nigdy nie spodziewałam się, że dostanę Kolosa ponownie i to jeszcze takiego… Naprawdę wszystkim dziękuję – nie kryła wzruszenia Czerwińska, która podczas swojego pokazu przypomniała w ekspresowym tempie swoją górską przygodę od lat 70. do współczesności. Bo Czerwińska nadal jeździ w góry wysokie, w marcu wróciła z Andów.
Himalaistka najchętniej wspinała się w zespołach kobiecych, na przykład z Wandą Rutkiewicz i Krystyną Palmowską. W takim składzie w 1985 roku zdobyły między innymi Nanga Parbat (pierwsze wejście kobiece). Na swoim koncie ma również pierwsze polskie kobiece wejścia na Lhotse (2001) i Makalu (2006) oraz pierwsze kobiece przejście zimowe północnej ściany Matterhornu (1978). Zdobyła także Czo Oju i Gaszerbrum II oraz średni (centralny) wierzchołek Sziszapangmy i tzw. Rocky Summit (przedwierzchołek) na Broad Peaku. Jest też autorką popularnej, pięciotomowej serii „GórFanka”, podsumowującej jej dokonania w górach wysokich.
W tym roku Kolosa w kategorii Alpinizm otrzymał Marek Raganowicz za świetne stylowo, samotne wytyczenie dwóch nowych dróg „MatraMandala” i „Secret of Silence” na Ziemi Baffina. Alpinista spędził na pionowych, arktycznych urwiskach 30 dni, wykazując się nieprawdopodobną wytrzymałością na ekstremalne warunki i umiejętnością wyszukiwania nowych logicznych linii. Wyróżnienia zdobyli Konrad Ociepka, Wojciech Malawski, Marcin Tomaszewski oraz Sławomir Ejsymont i Mateusz Solecki za eksploracyjną wyprawę na zachodnie wybrzeże Grenlandii i poprowadzenie nowej, trudnej technicznie drogi „Night Watch” oraz Karolina Ośka i Michał Czech za klasyczne przejście drogi „Freerider” na El Capitanie w Dolinie Yosemite.
Swoją nagrodę przyznali także dziennikarze. Jury po raz kolejny przewodniczył Tomasz Cylka, redaktor naczelny „n.p.m.”, a statuetka trafiła do Krzysztofa Story za projekt „Polska pod jednym adresem”. Dziennikarze docenili go „za usunięcie siebie samego w cień, by na pierwszym planie pokazać piękno polskich krajobrazów i różnorodność zamieszkujących nasz kraj ludzi; za przypomnienie nam, iż bogactwo doświadczeń można znaleźć nie tylko po drugiej stronie globu, ale i po drugiej stronie ulicy; za dziennikarską dociekliwość przy ogromnym szacunku do wszystkich rozmówców”. Wyróżnienie w tej kategorii otrzymała Magdalena Konik i jej „Pasterskie życie w Tuszetii” „za podmiotowe podejście do odmiennej kultury i tworzących ją ludzi, za nienachalną obserwację, za pragnienie utrwalenia piękna tradycji Tuszów na użytek ich samych”.
Wyczynem roku uznano kolejną samotną wyprawę Aleksandra Doby. Natomiast Nagrodę Wiecznie Młodzi, czyli 15 tys. zł na realizację tegorocznego przedsięwzięcia dla osób powyżej 65 lat, otrzymał Lech Flaczyński na wyprawę na Makalu.   RED

-----
Odeszła przyjaciółka Wandy Rutkiewicz
Warszawianka, która 20 lat życia spędziła w swoich ukochanych Tatrach. Znawczyni historii himalaizmu, autorka książek, dziennikarka pisująca do kilkunastu tytułów i autorytet w świecie górskim. 28 marca zmarła w zakopiańskim szpitalu Ewa Matuszewska.
Mówiła o sobie: „warszawianka z urodzenia, zakopianka z wyboru”. Była wieloletnią przyjaciółką Wandy Rutkiewicz i przez całe swoje życie dbała o pamięć o największej polskiej himalaistce. Została współautorką książki Rutkiewicz „Na jednej linie”, a po jej zaginięciu napisała „Karawanę do marzeń” oraz „Uciec jak najwyżej. Niedokończone życie Wandy Rutkiewicz”. Jest także autorką książki „Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady”.
Jeszcze kilka miesięcy temu, mimo choroby, brała udział w konsultacjach przy spektaklu „Wanda” Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Bardzo wnikliwie czytała także „n.p.m.”. Po naszej pozytywnej recenzji na temat „Wandy” napisała do redakcji krótko, ale treściwie: „Bardzo dziękuję za rzetelną i fachową recenzję”. Na premierze się nie spotkaliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że uda się porozmawiać przy najbliższej okazji w Zakopanem. „Też mam taką nadzieję! (…) Lubię Was czytać” – napisała. Do spotkania już nie dojdzie…
Jej ostatnim, wieńczącym życie projektem, miała być książka o K2. Niestety, nie zdążyła jej ukończyć. Przyjaciele i znajomi pożegnali Ewę Matuszewską w jej ukochanym Zakopanem. Spoczęła na cmentarzu na Pardałówce.         RED
---
YAPA znowu była śpiewająca!
Na kilka dni Łódź znowu stała się stolicą piosenki turystycznej. Cztery koncerty, ponad 20 godzin muzyki na żywo i niezliczona ilość pozytywnych emocji – tak wyglądała 43. YAPA.
Ogólnopolski Studencki Przegląd Piosenki Turystycznej Festiwal YAPA odbył się w drugi weekend marca. W piątkowy wieczór zaprezentowały się zespoły konkursowe, a także gwiazdy: Jurek Bożyk, Formacja, Paweł Orkisz, Sekcja Muzycznej Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn oraz Suzi, która debiutowała prowadząc festiwalowe koncerty. Debiut konferansjerski zaliczył też Krzysztof Zimoch, który w sobotę miał okazję zapowiadać zespoły konkursowe oraz grupę Nijak. Tradycyjnie o atmosferę wieczornego koncertu gwiazd dbał Bartek Zgorzelski. Na scenie pojawili się Yes Kiez Sirumem z podopiecznymi Środowiskowego Domu Samopomocy „Przystanek Betlejem”, Oreada, Wszystkiego Najlepszego, Michał Łanuszka, Cisza Jak Ta, SuperTrio i Zakaz Wyprzedzania. Koncertowi laureatów towarzyszyły występy Caryny i Marka Andrzejewskiego.
Wyróżniono łącznie kilkunastu wykonawców. Pierwszą nagrodę przyznano zespołowi Jan i Klan. Wszystkim serdecznie gratulujemy.    RED
Więcej:  www.yapa.art.pl
---
Mrozy im nie straszne
Letnia edycja Himalaya Base Camp okazała się wielkim sukcesem. Dlatego u stóp dawnego kamieniołomu Snożka w pienińskich Kluszkowcach odbyła się zimowa wersja imprezy.
Pasjonaci sportów outdoorowych przyjechali na górę Wdżar, aby poczuć klimat himalajskich ekspedycji. Organizatorzy zadbali o najmniejsze szczegóły, aby uczestnicy poczuli się jak na prawdziwej wysokogórskiej wyprawie. Oczywiście, największą uwagę przykuwały umocowane w skale na wysokości od 18 do 24 m żółte platformy, przypominające namioty, czyli tzw. portaledge. Służą one do biwakowania podczas długich dróg wspinaczkowych, gdzie jedyną opcją na ułożenie się do snu jest założenie wiszącego obozu.
Magda i Beata z Gdańska nie wahały się ani przez moment, że po letniej przygodzie czas na zimową.
– To niesamowite wrażenie, kiedy śpisz zawieszona nad przepaścią. Chciałyśmy przeżyć to jeszcze raz w trudniejszych, zimowych warunkach, ocenić swoje aktualne możliwości i poznać wielu wspaniałych ludzi – tłumaczyły dziewczyny, które chciały też spróbować drytoolingu, czyli zimowej wspinaczki na nieoblodzonych drogach skalnych, ale z wykorzystaniem sprzętu typowego dla wspinaczki lodowej.
Podobnie jak latem, każdy z uczestników pod okiem wykwalifikowanych instruktorów oraz przy użyciu profesjonalnego sprzętu, który używany jest między innymi podczas wypraw wysokogórskich, uczył się podchodzenia i zjazdów na linie, aby spędzić niezwykłą, mroźną noc w portalu. Organizatorzy największy nacisk kładli na bezpieczeństwo, dlatego cykl szkoleń i pokazów rozpoczął się od przedstawienia zasad poruszania się po obozie, a następnie praktycznego kursu z udzielania pierwszej pomocy w górach, poprowadzonego przez ratowników z Grupy Podhalańskiej GOPR. Po zajęciach terenowych uczestnicy mogli sprawdzić zdobyte umiejętności w rywalizacji, polegającej na poprawnym wpięciu się do liny na czas. Ale życie obozowe to nie tylko szkolenia i praktyczne zajęcia. Wieczorem uczestnicy integrowali się w głównym namiocie, pijąc gorącą aromatyczną herbatę, zajadając się pyszną szarlotką, rozmawiając z taternikami i oglądając multimedialne pokazy z wypraw górskich. Teren obozu zdobiły palące się pochodnie, w powietrzu unosił się zapach kadzidła, a w tle rozbrzmiewała muzyka ghorkali.
Zimowy obóz Himalaya Base Camp dostarczył uczestnikom ekstremalnych wrażeń, jednak oprócz przeżycia emocji, przekonali się oni, że każda wyprawa w wysokie góry to walka z pogodą, wysokością i własnymi słabościami, gdzie wyłącznie od bardzo dobrego przygotowania zależy, komu uda się ją wygrać.
Magdalena Rudnicka

---
Rodzinne spotkanie zdobywców Korony Gór Polski
Zaangażowanie w projekt Korony Gór Polski to nie tylko zdobywanie 28 szczytów. To także okazja do rodzinnych spotkań na nizinach.
Zdobywcy Korony Gór Polski spotykają się na różnych imprezach. W styczniu przyjechali na Biskupią Kopę w Górach Opawskich, a w marcu trafili do Służewskiego Domu Kultury w Warszawie. A wszystko dzięki uprzejmości i zaangażowaniu dyrektor Ewy Willmann. W słoneczną sobotę w stolicy zjawiło się niemal 90 klubowiczów. Łącznie 61 osób poddało się weryfikacji, a to oznacza, że członkowie tzw. Loży Zdobywców sprawdzali, czy wszystkie szczyty mają odpowiednią dokumentację.
Takie spotkania to okazja do wyprawowych wspomnień z koronnych szlaków, które często zdobywane są całymi rodzinami. – Na szczyty wspólnie wchodzą dziadkowie, dzieci oraz wnuki. To jest naprawdę miłe widzieć ich radość, gdy odbierają dyplomy i odznaki zdobywcy – podkreśla Łukasz Lis, szef Klubu Zdobywców Korony Gór Polski.
Wszyscy kandydaci pozytywnie przeszli weryfikację. A to oznacza, że lista zdobywców Korony Gór Polski liczy obecnie 1546 osób. Żeby na nią trafić, trzeba wejść na 28 szczytów. RED
Więcej: www.kgp.info.pl.
---
Ekstremalne wyzwanie dwójki Polaków
Na początku maja rozpocznie się niecodzienna wyprawa – „USA-Ekstremalne wyzwanie. Najwyższy szczyt kontynentu, najdłuższy szlak północ-południe”.
W trakcie ponadsiedmiomiesięcznej ekspedycji Magdalena Czarnecka i Michał Wangrat z NomadExplorers planują zdobyć najwyższy szczyt Ameryki Północnej – Denali (6190 m n.p.m.) oraz przejść najdłuższy szlak północ-południe przez USA – Continental Divide Trail (5 tys. km). Narodowy Szlak Sceniczny Kontynentalnego Działu Wodnego (CDT) jest wytyczony od granicy z Kanadą do granicy z Meksykiem i przebiega wzdłuż linii kontynentalnego działu wodnego. Leży na terenie pięciu stanów: Montana, Wyoming, Idaho, Kolorado, Nowy Meksyk.
Jest najdłuższym i najtrudniejszym z Korony Szlaków (Triple Crown) w USA. Ma też najbardziej zróżnicowany krajobraz, od lodowców na północy, przez lasy, po pustynie w Nowym Meksyku. Przebiega przez kilka parków narodowych, m.in. Glacier, Yellowstone oraz wysokie góry (Grays Peak, 4352 m n.p.m.). Trzeba uważać na niedźwiedzie, a także pumy i grzechotniki. Na razie żaden Polak nie przeszedł CDT, a w zestawieniu z Denali prawdopodobnie nie dokonał tego nikt na świecie.
Dwoje Polaków, którzy podejmą to wyzwanie, poznało się pięć lat temu w Studenckim Klubie Górskim w Warszawie. Przez ten czas zdobyli cztery z dziewięciu szczytów wchodzących w skład Korony Ziemi (Mont Blanc, Elbrus, Kilimandżaro, Aconcagua) oraz kilka cztero- i pięciotysięczników w Alpach, Kaukazie, Andach. Przeszli szlaki trekkingowe na Islandii, Majorce, Gruzji czy rodzimy Główny Szlak Beskidzki i Świętokrzyski. Są zapalonymi, całorocznymi cyklistami, uprawiającymi paralotniarstwo, wspinaczkę i żeglarstwo. RED
Więcej: www.facebook.com/NomadExplorers


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też