Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte | Piotr Hercog

Ostańce nadal są tam, gdzie były

NPM 8/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
(fot. arch. Piotra Hercoga)
Jechałem nocą samochodem z Gór Stołowych, gdzie obecnie mieszkam, w stronę Jury Krakowsko-Częstochowskiej, mojego rodzinnego domu. Wtedy właśnie naszła mnie pewna refleksja, a żal i troska ścisnęły za gardło.

Jurę pamiętam właściwie od najmłodszych swoich lat. Autobusem miejskim z centrum Częstochowy, gdzie mieszkałem z rodzicami i siostrą, można było dostać się do wapiennych ostańców w Olsztynie. Siłą rzeczy Jura była, zarówno dla mnie, jak i moich szkolnych kolegów, podwórkiem. Tu jeździliśmy na rowerach, poznawaliśmy nowe lądy oraz – czego można by się spodziewać po dziecku z nadmiarem energii – zwiedzaliśmy tutejsze jaskinie i to wielokrotnie bez wiedzy rodziców. Małolaty z szóstej klasy. Przygód przy tym było co niemiara! Czasem tych pozytywnych, nieraz budzących grozę. Stało się bowiem w naszej jaskiniowej działalności i tak, że musiała przyjść po nas ekipa ratunkowa! Innym razem z kolei ukradziono nam plecaki oraz wyciągnięto liny, gdy my byliśmy na dnie najgłębszej jurajskiej jaskini – Studniska. Nad nami 40 metrów powietrza, gdzieś w górze migoce tylko w stropie okno wlotowe, a my bez lin, bez szans wyjścia, bez nadziei. Wówczas napisałem swój pierwszy i ostatni w życiu list pożegnalny. Po dwóch dniach na szczęście zostaliśmy ocaleni!
Swoje późniejsze lata związałem z kolei z Podlesicami. Jakaż to była wioska, te 20 lat temu. Na jedynym skrzyżowaniu we wsi stał hotel rodem z PRL-u, zalążek dzisiejszego hotelu Ostaniec. Po drugiej stronie drogi mały sklepik u konkurencji. Cisza, spokój. Większość wspinaczy, a było ich góra dziesięciu, pokonywała tę samą drogę, by się tu dostać – pociągiem do Myszkowa lub Zawiercia, a stamtąd autobusem typu ogórek do Podlesic. Przy wjeździe od strony Huciska droga ta jest prosta jak strzała, więc malujące się na jej końcu białe, wapienne ściany przyprawiały o szybsze bicie serca i irracjonalne podniecenie. Po tym można było też poznać w autobusie innych wspinaczy. Za dnia wspinaliśmy się na rozgrzanych od słońca ścianach, wieczorem natomiast spotykaliśmy przy ognisku, by na noc rozejść się do swoich koczowisk. Namiotów ustawionych w lesie, na polankach – na pewno nie na polu namiotowym, którego tu po prostu nie było.
Na studiach i zaraz po nich obserwowałem, jak to miejsce rozkwita. To był czas pracy „na linach”. Liczne imprezy integracyjne korzystały z wiedzy speleologów, a my niczym pająki zakładaliśmy mosty linowe, tyrolki, zjazdy. Rok po roku patrzyłem, jak „u konkurencji” stają kolejne namioty, pojawiają się pokoje do wynajęcia, powstaje mała knajpka serwująca z początku hamburgery i hot dogi. Budują się kolejne domy, pojawiają kwatery prywatne. Jak wyglądają Podlesice dziś?
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też