Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Ośmiolatka na ferracie

NPM 7/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Magdalena Galon-Iwanowicz
Widok z ferraty Ivano Dibona na schronisko Lorenzi oraz na Tre Cime di Lavaredo (na prawo od grani) (fot. Magdalena Galon-Iwanowicz)
Kilka lat temu spotkaliśmy na Triglavie polską rodzinę z... pięciolatkiem. Jak się okazało, nie była to jego pierwsza tak wysoka góra. Dotarło do mnie wtedy, że dla dziecka wędrówka po szczytach to również chwile, emocje i widoki, których nie możemy go pozbawiać tylko dlatego, że jest jeszcze małe. Od tej pory wszędzie jeździmy w trójkę. Tym razem dotarliśmy w Dolomity.

Byliśmy w Dolomitach już w 2010 roku, ale wtedy chodziliśmy po szlakach, które nie przedstawiały większych trudności technicznych. Tym razem jednak postanawiamy podnieść „stopień atrakcyjności”. Stąd też pomysł na ferraty, tyle że takie odpowiednie dla ośmiolatki. Zaopatrzeni w uprzęże, lonże, kaski i karabinki, z niecierpliwością czekamy na spotkanie ze stalowymi linami, drabinkami i mostami.
Po 9-godzinnej podróży dojeżdżamy na nocleg do Mittenwaldu w Niemczech. Szybko rozstawiamy obozowisko na kempingu i po ciepłej kolacji zawijamy się szczelnie w śpiwory, bo ma być zimno. W nocy jest niemal mroźno, więc rano decydujemy się na połączenie spaceru po kolorowym Mittenwaldzie z kupnem dodatkowego, ciepłego śpiwora. Genialną, jak się później okaże, inwestycję uświetniamy przepysznymi, bawarskimi drożdżówkami. Jeszcze tego samego dnia rozbijamy się na kempingu w Misurinie. W różnych miejscach zdarzyło się już nam spać, ale to wspominamy z niewielkim entuzjazmem. Uznajmy, że w czerwcu przestraszył nas szron na namiocie, więc następnego ranka przenosimy się na kemping Olympia w Fiames (ok. 3,5 km od Cortiny d’Ampezzo). A tutaj milej, taniej i z ciepłą wodą w prysznicach.

A jednak zimny prysznic
Jeszcze tego samego dnia pakujemy sprzęt i ruszamy piechotą z Fiames dookoła Col Rosy szlakiem 401. Leniwym spacerkiem po godzinie docieramy do Ponte Óuto, po którym przechodzimy przez głęboki wąwóz z płynącym porywiście Rio Travenanzes. Potężne Tofany panują tutaj niepodzielnie. A my odnajdujemy wejście na via ferratę Giovanni Barbara i po wystrojeniu malca w uprząż i lonżę przeprowadzamy pierwsze szkolenie. Nasze mocno zaaferowane dziecko po minucie „już wszystko wie!”. Pędzi do przodu i przepina te karabinki. Posuwając się przepaścistą ścieżką, słyszymy, że Cascata di Fanes już blisko. Wodospad wyłania się nieśmiało, choć z coraz większym hukiem i delikatną mgiełką wody. Dopiero za zakrętem ukazuje swoją wielką moc.
I tutaj konsternacja: jak przejdziemy?
Z pokerowym wyrazem twarzy ubieramy kurtki wodoodporne, przypominamy o wpięciu karabinka, żeby woda nie porwała, i o wstrzymaniu oddechu pod wodą. Oczy robią się coraz bardziej okrągłe, ale strachu nie widać. Ruszamy! Całkiem szybko okazuje się, że można przejść za kaskadą prawie suchą nogą.
– Ale żarcik! – kwituje ironicznie Sylwia.
Mimo to, obserwacja spadającej wody od drugiej strony daje niezapomniane wrażenia. Świat wydaje się uroczo rozmyty, a zawiewający od czasu do czasu wiatr funduje nam lodowaty prysznic. Stalowe liny prowadzą nas przez szczelinę w skale. Szlak dochodzi do pierwszego, ferratowego zejścia. To idealne miejsce na przetestowanie umiejętności wpinania się w stalową drogę i wypinania się z niej, stawiania nóg na metalowych, śliskich stopniach i trzymania na wodzy lęku wysokości – o ile taki się ujawni. Wąwóz wydaje się głęboki, a ścianka wyjątkowo pionowa. Ale o to przecież chodzi!
I… gładko poszło! Dopiero na dole widzimy siłę spadającej wody, chlapiącej dookoła. Uciekamy przez metalowy mostek, by po chwili wkroczyć na via ferratę Lucio Dalaiti. Na szlaku jest pusto, mamy czas na zabawę z szukaniem odpowiednich chwytów i sprawdzanie, jak miło wisi się na linie. Jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy! Cała operacja „Pierwsza ferrata” zajmuje nam dwie godziny. Wracamy do Fiames przez Passo Posporcora. Trochę wysiłku na podejściu, ale za to potem pulpety w sosie grzybowym smakują wyśmienicie.

Góra ma warstwy
Następnego dnia ruszamy na ferratę Sentiero Astaldi. Przewodnikowy opis tej trasy mocno podziałał na naszą wyobraźnię: „(...) to nieco trudna i ubezpieczona ścieżka. Jest ona szczególnie godna polecenia dla turystów zainteresowanych geologicznie i wrażliwych plastycznie, prowadzi bowiem wzdłuż bardzo regularnych, bajecznie kolorowych, seledynowych, czerwonych, czarnych i białych warstw, tworzących jedyny w swoim rodzaju przekładaniec”. Tyle Dariusz Tkaczyk.
A my, parę minut po godzinie 11, zostawiamy nasze auto przy Rifugio Dibona (2083 m n.p.m.) i szlakiem 421 pomykamy między skałkami w kierunku schroniska Pomedes. Przed nami trochę podejścia zakosami. Zasapani dochodzimy do rozgałęzienia szlaków. Według przewodnika sprzęt do asekuracji jest zbędny, ale jednogłośnie uznajemy, że w pełnym rynsztunku będziemy czuć się nie tylko pewniej, ale i piękniej. A twarzowe kapeluszo-kaski ochronią nasze twarze przed promieniami bardzo ostrego dziś słońca. W samo południe odpowiednio przyodziani wkraczamy na Sentiero Astaldi. Początkowo idziemy wygodną ścieżką, jest więc czas na rozejrzenie się po okolicy. Sylwia nie może uwierzyć, że te kilka głazów w oddali to Cinque Torri, gdzie kiedyś kibicowaliśmy wspinaczom włażącym tak niezmiernie wysoko. Wzrok przyciąga również biała Marmolada, choć z tej perspektywy wcale taka duża nie jest. Tymczasem największe wrażenie robi nasz szlak wbity w olbrzymią Tofanę di Mezzo.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też