Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Rohatka

Oko za oko, grzmot za grzmot

NPM 6/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Rewanż, odwet, zemsta. Nieważne, jak to nazwę, bo i tak smakuje wybornie. Po tym, jak przed pięcioma laty Dolina Białej Wody obiła mnie gradem i zalała niemal biblijnym potopem, musiałem w końcu wyrównać rachunki. Tym razem do pomocy wziąłem drużynę sprawdzonych tatrzańskich wyjadaczy. I ruszyliśmy po pełną pulę. Na 26-kilometrową turę w stronę głównej grani i majestatycznych przełęczy.

Nie życzę takiego dnia najgorszemu wrogowi. Czerwiec 2013 roku. Początek lata, słońce praży jak oszalałe, a Dolina Białej Wody świeci pustkami, niczym market w niedzielę wolną od handlu. Chcemy z Arnim przejść przez Polski Grzebień (słow. Poľský hrebeň, 2200 m n.p.m.) albo Rohatkę (Prielom, 2288 m) aż do Starego Smokowca (Starý Smokovec). I wrócić stamtąd autobusem do auta zaparkowanego na Łysej Polanie. Według tabliczek to prawie 10 godzin marszu, ale Słowacy raczej nie uwzględniają przerw, więc spokojnie można doliczyć do tego kolejne dwie. Ambitne, ale wykonalne. Tak się nam wydawało aż do Litworowego Stawu (Litvorové pleso), nad którym otworzyło się piekło. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby właśnie w ten sposób zaczął się koniec świata. Z nieba poleciały kule gradu, wiatr porwał mi kije, a grzmoty zagoniły nas pod pierwszy lepszy głaz. Na zdjęciach wyszły czubki nosów i gęste chmury w tle. Równie dobrze mógłbym je podpisać „Lubań” albo „Manaslu”. I tak nic nie widać. Z odwrotu pamiętam jedynie wodę wylewającą się z cholewek, podkulone ogony i ogrzewanie w samochodzie podkręcone na maksa.
Wobec takiego traktowania zemsta była kwestią czasu. Trochę odczekałem, żeby rany się zabliźniły. I dałem sobie czas na zmontowanie ekipy. Jak to w życiu – żeby wziąć porządny odwet, trzeba zwołać załogę z bloku, najlepiej samych starszych i wyższych. A potem całą bandą wrócić na miejsce zbrodni. W tym przypadku na Łysą Polanę. Tam, gdzie kiedyś celnicy zaglądali do bagażników, a dziś parkuje cała turystyczna karuzela, która nie zmieściła się w Palenicy Białczańskiej. Swoją drogą ciekawe, że wszyscy jak automaty idą stąd nad Morskie Oko, zaś na słowacki szlak nie zagląda pies z kulawą nogą. Być może fast food zbudowany nad Litworowym Stawem zmieniłby te nierówne proporcje? Oby nie za naszych czasów…
Wracając do ekipy, już same imiona brzmią groźnie: Paulina, Magda, Justyna, Tomek i Andrzej z niejednego pieca w Tatrach chleb jedli. Co roku w lipcu albo w sierpniu ruszamy na prawie tygodniową tułaczkę po najwyższych szczytach Słowacji, toteż doświadczenia nikomu nie brakuje. Pytanie, czy wystarczy go na całodzienną turę ze sporym przewyższeniem i niezbyt optymistyczną prognozą pogody? Tak czy inaczej, na rejteradę jest za późno. Kwaterę jak zwykle wynajęliśmy w Starym Smokowcu, skąd dokładnie o siódmej odjeżdża nasz autobus. Dzięki takiej logistyce, na koniec dnia powinniśmy zejść z trasy o własnych siłach wprost do pokoi.

Krwiopijca na zaciszu
Jeszcze się dzień nie zaczął, a rzeczywistość uświadamia nam, że „będzie się działo”. Trzęsąca się „Karosa” pokonuje 37 kilometrów… w półtorej godziny. Kierowca jest na tyle wyluzowany, że wjeżdża w głąb Bachledowej Doliny (Bachledova dolina) po panią Ludmiłę, jadącą na kawkę do centrum Zdziaru. Tak mu przynajmniej pełna entuzjazmu relacjonuje. Tym sposobem jesteśmy zmęczeni już przed wysiadką na Łysej Polanie. A dopiero teraz czeka nas umówiona randka z prawdziwym kolosem!
Niech nikogo nie zwiedzie niepozorne miejsce startu: żadnych fasiągów, wąski most graniczny, delikatny szum potoku i ani żywej duszy. A wkraczamy przecież do Doliny Białki, czyli jednej z największych tatrzańskich dolin walnych. Klasyk, majestat, kawał historii wspinania, obłędne widoki i matecznik niedźwiedzi w jednym.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też