Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Pamir Chiński

Ojciec lodowych gór

NPM 10/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Paweł Fąferek
()
Ruszamy do obozu II. Silny wiatr ze śniegiem nie nastraja pozytywnie. W rakietach ślizgamy się po stoku, w rakach zapadamy w śniegu. Ciężkie plecaki skutecznie dobijają i tak niezbyt dobre samopoczucie. Mozolnie krok za krokiem zdobywamy kolejne metry wysokości. Za wypłaszczeniem wyłania się następny koszmarnie stromy stok. Co kilka kroków przystanek na wyrównanie oddechu. Czasem ktoś pada na śnieg, aby dłużej odpocząć. To najgorszy odcinek podejścia. Istna droga krzyżowa.  

Późny listopadowy wieczór. Kończymy właśnie drugą butelkę wina, gdy razem z Kubą podejmujemy temat kolejnej wyprawy.
– Przydałby się jakiś nietypowy pomysł – rzucamy zdecydowanie.
Szybkie przeglądanie informacji w internecie i decyzja zapada – Muztagh Ata (7546 m n.p.m.). Wysokość słuszna, a problemy techniczne do pokonania. O tej górze mało kto słyszał. Znajduje się z dala od najbardziej popularnych miejsc wypraw wysokogórskich i trekkingowych. I trochę jakby w cieniu pobliskiego szczytu Kongur Shan (7719 m n.p.m.).
 
Kirgizja na początek
Nerwowy, lipcowy dzień. Ostatnie zakupy i załatwianie sprzętu. Pakowanie to dramat. Magiczne 30 kilogramów dopuszczalnego bagażu w żaden sposób nie daje się utrzymać. A przecież w Warszawie dojdą jeszcze rakiety, ogrzewacze i liofilizaty. Poza tym chyba wszystko jest. A śpiwory? Cztery godziny do odjazdu, a ich nadal nie ma. To znaczy są, a dokładnie wciąż się szyją. Wreszcie pozytywna informacja – Wojtek je odebrał i jedzie na dworzec. W pociągu akcja „farmacja”. Rozdzielanie leków i opatrunków do apteczek. Kolorowe drażetki wzbudzają niemałe zdziwienie u pasażerów.
Spotykamy się w komplecie na lotnisku. Cała szóstka i sześć zdecydowanie za ciężkich bagaży. Plecaki wypchane do cna i objuczone dookoła rakietami, czekanami, kijkami, namiotami. Pierwsze podejście do odprawy i… sukces. Trafiamy na przemiłą panią, która przymyka oko na ciężar (niekiedy o 20% większy od normy). O świcie wyłania się lotnisko w Biszkeku.
Jedziemy wynajętym busem. Wokół widać góry masywu Tien-Szan. Niestety, na granicznym punkcie kontroli mamy problem z dokumentami, bo w ramach oszczędności nie wynajęliśmy lokalnej agencji. Musimy też załatwić dodatkowy dokument dla kierowcy, aby mógł nas dowieźć do samej granicy z Chinami, do której jest ponad 7 km ostro pod górę. Bez tego trzeba będzie nieść bagaże. Wjeżdżamy na przełęcz Torugart Pass (3752 m n.p.m.). W Kaszgarze robimy zakupy i uzupełniamy zapasy. W markecie nie jest łatwo. Chińskie krzaczki na opakowaniach niewiele pomagają, a po wyglądzie część produktów nie jest rozpoznawalna. Szampon okaże się później maseczką do twarzy.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Góry Środkowej Azji (Tadżykistan, Kirgistan...)

Zobacz też