Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzenia |

Odszedł największy znawca Tatr

NPM 12/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
()
Gór nie sposób poznać na wylot. Nie wystarczy ludzkiego życia, żeby opisać każdy szczegół danego pasma, każdy krajobraz i każde potencjalne niebezpieczeństwo. Ale można się z górami zaprzyjaźnić, odkrywać je każdego dnia i małymi krokami zbliżyć się do ich poznania. Jeśli chodzi o Tatry – nikt nie był bliżej tego poznania niż zmarły w październiku Władysław Cywiński.

Cywiński nie tylko po Tatrach chodził i się w nich wspinał (wszedł na wszystkie szczyty i przełęcze), ale przede wszystkim je opisywał i nazywał – a trudno o lepsze „non omnis moriar” niż cenione przewodniki po ukochanych górach. Na swoim koncie miał ich 18 tomów, z których ostatni – „Granaty” – ukazał się w tym roku. Co ciekawe, Cywiński wcale nie pochodził z Zakopanego. Urodził się 12 sierpnia 1939 roku w Wilnie. Studiował elektronikę na Politechnice Gdańskiej. Taternikiem stał się w 1959 roku, a od 1967 był przewodnikiem i ratownikiem tatrzańskim (od 1983 roku zawodowym); później uzyskał także stopień instruktora taternictwa. Jako ratownik TOPR brał udział w ponad 300 wyprawach ratowniczych.
Za swoje największe górskie osiągnięcie uważał samotne przejście grani głównej Tatr, którego dokonał w roku 1975 w ciągu trzech i pół dnia.
– Gdy ją robiłem, miałem 36 lat. To jest najlepszy męski wiek na uprawianie konkurencji wytrzymałościowych. Kiedyś miałem zamiar powtórzyć ją jako starzec, ale jednak nie zrobię tego – odpowiadał pytany o chęć powtórzenia tego wyczynu.  Brał też udział w wytyczeniu około 30 nowych dróg tatrzańskich. Ale przede wszystkim był i na zawsze pozostanie w pamięci jako najwybitniejszy tatrolog, następca Witolda Paryskiego. Choć tego ostatniego wcale nie ubóstwiał bezkrytycznie. O ile Paryskiemu zdarzało się pisać zza biurka, Cywiński podczas pracy musiał być na szlaku. W związku z czym nie spieszył się z kolejnymi publikacjami – chciał być wiarygodny; weryfikował i poprawiał błędy poprzedników.
– Błędy pamięci! Gdy ja czegoś nie pamiętam – przecież chodziłem po Tatrach intensywnie, gdy ani mi było w głowie pisanie przewodników – to idę tam raz jeszcze i sprawdzam. Nie ma lipy! – deklarował w rozmowie z Agnieszką Szymaszek na łamach „Gór”.
Poglądy wymieniał chętnie, i to nie tylko na temat Tatr. Tak zapamiętała go Ewa Matuszewska, pisarka i redaktor naczelna portalu „Zakopane dla Ciebie”, podobnie jak Cywiński – góralka „przyjezdna”.
– Mieszkał po sąsiedzku, niedaleko nas, często spotykaliśmy się na Kurierów Tatrzańskich w drodze po prasę do kiosku czy po zakupy u „Mazyka”. Wymienialiśmy zawsze kilka zdań na temat aktualnych wydarzeń politycznych w kraju, ze szczególnym uwzględnieniem „Pępka Świata”, czyli Zakopanego. Bezkompromisowość, dosadny niekiedy język i niezwykłe poczucie humoru sprawiały, że te krótkie prasówki w jego wykonaniu nadawały sprawom właściwy wymiar i poprawiały mi nastrój – wspomina Matuszewska.
Władysław Cywiński zginął 12 października, w wieku 74 lat, podczas wspinaczki w rejonie Zmarzłego Stawu Mięguszowieckiego w Dolinie Złomisk, w słowackiej części Tatr Wysokich. W Tatrach pozostawił po sobie wiele śladów. Zostawił nam też przewodniki, żebyśmy mogli te ślady odkrywać, a przy okazji dzielić jego wielką pasję i miłość, o której mówił, że była od pierwszego wejrzenia.
Jagoda Mytych

fot. Agnieszka Szymaszek

--------------

Śmierć Władysława Cywińskiego to niejedyna smutna informacja, jaka doszła do nas z Zakopanego. 20 października zmarł tam Andrzej Krzeptowski, ratownik TOPR od 1955 roku, narciarz i wieloletni, legendarny gospodarz schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Gazdował w nim przez ponad 40 lat. Od 1998 roku schronisko prowadzą jego córki – Maria i Marta. Krzeptowski miał 77 lat.
RED

-------------------------------------------------

Polskie ISPO po raz drugi

Już po raz drugi w historii odbyła się polska edycja ISPO Academy. Impreza miała na celu przygotowanie rodzimych producentów sprzętu górskiego do styczniowych targów ISPO Munich. To jedna z największych imprez branży sportowej na świecie.
Kolejna edycja targów w Monachium odbędzie się w styczniu 2014 roku. Imprezę co roku odwiedza ponad 75 tys. gości ze 110 państw. W 16 halach na powierzchni 180 tys. metrów kwadratowych prezentowana jest kompleksowa oferta ponad 2200 firm związanych z odzieżą i obuwiem oraz szeroko rozumianym sprzętem sportowym. Wśród wystawców znajdują się zarówno największe międzynarodowe marki, których nowe produkty mają na tragach swoją premierę, jak i lokalni producenci.
Aby nie zginąć w tym targowym tłumie, ISPO prowadzi szkolenia, dzięki którym również polskie firmy chcące podbić światowe rynki mogą uzyskać kompleksowe informacje. Jak optymalnie przygotować stoisko oraz jak się wyróżnić na tle konkurencji, jak zaplanować budżet czy też jak się przyszykować do wizyty potencjalnych kupców zagranicznych i sporządzić interesujące informacje dla mediów – to tylko niektóre zagadnienia, jakie poruszano na szkoleniu w Rzykach w Beskidzie Małym. Tam też przygotowano seminarium dla sklepów sportowych i outdoorowych. O podejściu do klienta, organizacji sprzedaży, zarządzaniu sklepem internetowym, różnych kanałach sprzedaży oraz ich wykorzystaniu mówili m.in. goście z Niemiec, Holandii i Szwajcarii. W tym roku oficjalnym gadżetem targów została czapka produkowana przez polską firmę Red Hot z Jeleniej Góry.
Gościem specjalnym części dla dziennikarzy była alpinistka i skialpinistka Ola Dzik, która pierwszego dnia przygotowała pokaz slajdów „Moja droga przez góry”, a drugiego zabrała chętnych na autorską wycieczkę po Beskidzie Małym.
Grzegorz Stodolny

-------------------------------------------------

Forumowicze zdobyli Wysoką

W ostatni październikowy weekend odbył się dwunasty zlot forumowiczów „n.p.m.”. Tym razem spotkaliśmy się w Szczawnicy i co tu dużo mówić: jak zwykle bawiliśmy się świetnie!
Pierwsi zlotowicze pojawili się w schronisku Orlica już w piątkowy wieczór. Powitania, przedstawianie się z imion i nicków, okrzyki: „to ty tak wyglądasz?” trwały dosyć długo, bo ostatnia grupa dojechała na miejsce grubo po północy. Schroniskowa jadalnia bez trudu nas pomieściła, było więc gdzie porozmawiać, poplanować, dobrze zjeść i przy akompaniamencie gitary pośpiewać. Już w sobotni poranek pożegnać musiała się z nami Remedios, ale na osłodę zostawiła nam czekoladę z przykazaniem obowiązkowego zjedzenia jej na szlaku. W wyniku porannego rozgardiaszu i pożegnań nie udało się niestety zrobić wspólnej fotografii.
Na górską wędrówkę ekipa zlotowa rozdzieliła się: część z nas poszła na Sokolicę, kilka osób na Wysoką, a jeszcze inni zwiedzali Szczawnicę. Pogoda, już chyba tradycyjnie, nas rozpieszczała. Nikt się nigdzie nie spieszył, nikt nikogo nie poganiał, falujące trawy i grzejące promyki słońca zachęcały do licznych przerw w wędrówce. Wieczorem ponownie spotkaliśmy się wszyscy w schronisku. I znów czas spędziliśmy na pogaduchach, wspólnych śpiewach i planowaniu, gdzie i kiedy spotkać się po raz kolejny, bo już wtedy wiedzieliśmy, że rano żal będzie się rozstać.
Na czym polega fenomen tych spotkań? Nie wiem, ale jedno jest pewne: na takim zlocie trzeba być!
Lidka Krutulska


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też