Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzenia |

Odeszła legenda polskich wypraw

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
(Fot. Marek Arcimowicz Adventure Photographer)
Znali go dobrze czytelnicy „n.p.m.”, bo jego zdjęcia pojawiały się niemal przy każdym historycznym materiale o Himalajach z lat 70. i 80. Kojarzą go uczestnicy górskich festiwali, bo przemykał skromnie przez pokazy i spotkania. To dzięki niemu nagrana została relacja z zimowego wejścia na Mount Everest. W wieku 80 lat zmarł Bogdan Jankowski, uczestnik wielu polskich wypraw w Himalaje i Karakorum.

Był niezwykle spokojnym i skromnym człowiekiem, który zaskakiwał ogromną wiedzą. I dotyczyło to zarówno faktów z przeszłości, jak i technicznych nowinek. Kiedy przysyłał do redakcji „n.p.m.” zdjęcia, którymi ilustrowaliśmy historyczne teksty o najważniejszych wydarzeniach z historii polskiego himalaizmu, były precyzyjnie opisane w każdym szczególe. Wiele razy zaskakiwał nas też techniczną obróbką. Kiedy przed wysyłką numeru „n.p.m.” wydawało się nam, że jesteśmy w czarnej dziurze, jak to mówił przed laty Maciej Berbeka, on nie raz pomagał nam znaleźć rozwiązanie. I choć dzieliło nas 180 kilometrów, bo tyle jest od poznańskiej redakcji do jego rodzinnego Wrocławia, mailowe kontakty były tak precyzyjne, że wydawało się, że siedzi obok nas. Pewnie też dlatego nigdy na nas oficjalnie się nie wściekał.
Bogdan Jankowski odszedł 20 maja w wieku 80 lat. Był zasłużonym taternikiem, alpinistą, instruktorem i wielokrotnym uczestnikiem polskich wypraw w góry wysokie, m.in. tych kierowanych przez Andrzeja Zawadę. Brał udział np. w ekspedycji, podczas której Polacy dokonali pierwszego wejścia na Kunyang Chhish (7852 m n.p.m.) w 1971 roku i Krzysztof Wielicki oraz Leszek Cichy jako pierwsi na świecie zdobyli Mount Everest (8848 m) zimą. Dlatego nie ma żadnej przesady, kiedy mówimy dziś, że odeszła jedna z legend polskich wypraw himalajskich.
Był licencjonowanym radioamatorem-krótkofalowcem, dlatego organizował łączność radiową na wyprawach. To właśnie dzięki jego zaangażowaniu nagrano rozmowę, jaką 39 lat temu Zawada prowadził z będącymi na szczycie himalaistami. Był też pomysłodawcą i założycielem zespołu łączności radiowej Polskiego Związku Alpinizmu, a także członkiem zarządu PZA w latach 1977-1992, a w kadencji 1995-1998 pełnił funkcję wiceprezesa. W latach 70. kierował także Klubem Wysokogórskim we Wrocławiu. To właśnie w tym dolnośląskim środowisku poznał Wandę Rutkiewicz. Przy każdej okazji wspominał ją bardzo ciepło.
Jankowski został dwukrotnie odznaczony złotym medalem „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”, Złotym Krzyżem Zasługi oraz otrzymał nagrodę „Fair Play” Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Trudno nam uwierzyć, że już nigdy nie otrzymamy od niego z maila z przesyłką, w której znajdowały się cenne fotografie z największych polskich wypraw. Ten zasłużony dla polskich gór człowiek został pochowany na wrocławskim Cmentarzu Osobowickim.      RED
Bogdan Jankowski (1938–2019)

---
Dobra kondycja górskiej literatury
Odbywające się w maju Warszawskie Targi Książki cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. Co roku wybiera się na nie ponad 60 tysięcy osób.
Już po raz drugi na PGE Narodowym można było odwiedzić strefę kultury górskiej. To inicjatywa wydawnictwa Góry Books, dzięki której można w jednym miejscu znaleźć nowości wydawnicze o tematyce górskiej oraz klasyki w antykwariacie Góroteka. W tym roku gośćmi strefy byli m.in. himalaiści Krzysztof Wielicki i Anna Czerwińska, a także Danuta Piotrowska oraz Mieczysław Bieniek. Następne Warszawskie Targi Książki odbędą się w maju przyszłego roku.     RED

---
Do Warszawy przyjechali marzyciele
Siła Marzeń Festiwal Przygody – tak nazywa się nowa impreza podróżnicza, która pojawiła się na mapie festiwali i przeglądów. Stoi za nią Miłka Raulin, zdobywczyni Korony Ziemi, dlatego górskich wątków nie mogło zabraknąć.
Miłka nie lubi pustki, więc postanowiła zorganizować pierwszy w Polsce festiwal przygodowo-podróżniczy tłumaczony w całości na polski język migowy (PJM). Skąd ta idea?
Tuż przed wylotem na Everest napisała do niej niesłysząca Sylwia z pytaniem, czy jest szansa, by głusi mogli posłuchać historii Siły Marzeń. Organizacja tłumaczenia prelekcji przed wyprawą okazała się zbyt skomplikowana, ale prośba stała się inspiracją do podjęcia wyzwania i zorganizowania imprezy, w której osoby niesłyszące będą mogły wziąć udział.
Dwudniowy festiwal odbywał się w ostatni weekend maja w Dzielnicowym Ośrodku Kultury na warszawskim Ursynowie. W programie znalazły się prelekcje nie tylko znanych podróżników, ale przede wszystkim osób, które swoje plany zrealizowały dzięki konsekwencji w działaniu i wielkiej sile marzeń! Festiwal rozpoczął się konferencją prasową członków wyprawy Nanda Devi East (7434 m n.p.m.), którzy tego samego dnia wyruszyli na ekspedycję. W panelu prowadzonym przez Darka Jaronia, autora książki „Polscy himalaiści” (Wydawnictwo Marginesy) zasiedli: Jarosław Gawrysiak – kierownik wyprawy, himalaista Rafał Fronia oraz Filip Babicz – autor jednej z najtrudniejszych dróg drytoolowych na świecie. Goście opowiadali o historii zdobycia dziewiczego wierzchołka, którego 2 lipca 1939 roku jako pierwsi dokonali Jakub Bujak i Janusz Klarner. Była to pierwsza polska ekspedycja w Himalaje, która niestety zakończyła się tragicznie dla zdobywców. Tegoroczna wyprawa ma na celu upamiętnienie i udokumentowanie wyczynu polskich himalaistów w 80. rocznicę zdobycia tego wymagającego siedmiotysięcznika. W trakcie wyprawy realizowane będą też materiały filmowe i fotograficzne, które staną się bazą do filmu, opisującego historię i teraźniejszość. Realizacją dokumentu zajął się Darek Załuski, himalaista i filmowiec.
Górski świat reprezentował również Krzysztof Wielicki, ikona polskiej wspinaczki wysokogórskiej, dzięki któremu mieliśmy okazję posłuchać historii polskiego himalaizmu. Natomiast Artur Małek przymroził uczestników festiwalu zabawnymi opowieściami z zimowego K2. Nie mogło zabraknąć prelekcji Siły Marzeń, którą przeprowadziła zabiegana organizatorka.
Odbyły się również bezpłatne warsztaty. Na pierwszym festiwalu Siły Marzeń było naprawdę dużo praktycznej wiedzy. Jak przygotować apteczkę i na co zwrócić szczególną uwagę przed podróżą? Jak opowiedzieć swoją historię w social mediach? Jak samemu wydać książkę i dlaczego wolontariat się opłaca? Były też warsztaty z transportu i ewakuacji poszkodowanego w warunkach ekstremalnych.
Absolutnym hitem był panel Wonderwoman, który przeprowadziła Olga Mickiewicz, reporterka Polskiego Radia. W panelu, w którym chodziło o przedstawienie ciekawych, odważnych mam realizujących swoje marzenia i pasje, zasiadły: Joanna Górska – prezenterka Polsat News, Anna Lechowicz – triatlonistka i mistrzyni Europy w Iron Manie oraz Urszula Brzezińska-Hołownia, jedna z dwóch kobiet w polskiej armii, która może pochwalić się licencją na pilotowanie wojskowego, ponaddźwiękowego samolotu typu MIG. Skąd pomysł na panel Wonderwoman?
– Chciałam pokazać odważne, fajne kobiety. Mamy, które łamią stereotypy i pokazują światu, że macierzyństwo nie oznacza rezygnacji z pasji czy życiowych marzeń. To wszystko można pogodzić – tłumaczy Miłka Raulin, która wręczyła wszystkim panelistkom festiwalową statuetkę Siły Marzeń.
Wieczorem na scenie pojawił się zespół Carrantuohill, porywając niektórych do tańca swoją skoczną, irlandzką muzyką. Czy można przetłumaczyć koncert na PJM? Tak! I trzeba przyznać, że udział w tego typu imprezie był niesamowitym doświadczeniem również, albo i przede wszystkim, dla osób słyszących.
Konkursy z nagrodami i filmy przedstawiające sylwetki finalistów konkursu „Moja Siła Marzeń”, gdzie na laureatów czekało 2000 złotych nagrody, to kolejne atrakcje, którymi nie mogą pochwalić się inne festiwale podróżniczo-przygodowe w Polsce. I edycja Festiwalu Siły Marzeń odbyła się z wielką pompą i trzeba przyznać, że Miłka Raulin wysoko postawiła sobie poprzeczkę. Jak sama przyznała, cały festiwal zorganizowała w 80 dni!    ORG
Więcej na: www.festiwalsilymarzen.pl

---
W Pyrlandii znów królował outdoor
Już po raz drugi Poznań przeżywał święto miłośników aktywnego wypoczynku. Festiwal Getaway to unikatowa impreza podróżnicza, bo czy znacie drugie takie wydarzenie, podczas którego można popływać kajakiem, poznać techniki jaskiniowe, spróbować wspinaczki, a na koniec spędzić noc w namiocie nad Wartą w centrum miasta?
W trzeci weekend maja stolica Wielkopolski stała się rajem outdoorowców. Jeśli komuś wydaje się, że druga edycja imprezy to wciąż ledwo raczkujący młodzik, to znaczy, że nie był na Getaway. Podczas festiwalu odbywającego się w kilku miejscach Poznania można było wziąć udział w warsztatach trekkingowych oraz wspinaczkowych, kajakowych i rowerowych, a do tego biegowych, jaskiniowych, a nawet szybowcowych i spadochronowych. A to tylko ułamek tegorocznych atrakcji festiwalowych.
Na miłośników rowerów czekał czynny przez cały festiwal darmowy serwis, dla kinomanów były najlepsze filmy górskie i podróżnicze z ostatnich miesięcy, a dla lubiących wodę – wydzielona strefa nad Wartą, gdzie można było zapoznać się bliżej z kajakami, deskami Stand Up Paddle czy latawcami Kite. Okolice rzeki płynącej przez samo serce Poznania były także miejscem, gdzie każdy chętny mógł przenocować na specjalnie przygotowanym polu namiotowym, a rano poćwiczyć jogę.
Oczywiście dobra impreza tego typu nie może się obyć bez gości. Organizatorzy i w tej kwestii nie zawiedli. Na poznańskiej „polibudzie” pojawili się między innymi: Marcin „Yeti” Tomaszewski, Kamila Kielar, Mateusz Waligóra, Piotr Hercog, Bartosz Malinowski, ekipa z Bezpiecznego Kazbeku oraz gość główny festiwalu – Martyna Wojciechowska, która podczas Getaway świętowała 13. rocznicę zdobycia Everestu.
Trudno się dziwić, że kolejna już edycja imprezy odniosła sukces, skoro za Getaway stoi team znany z organizacji między innymi Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Na czele ekipy oczywiście niezawodna Agnieszka Korpal, której podobnie jak przed rokiem gratulujemy sukcesu. Mocno kibicujemy co roku organizatorom, ponieważ nasza redakcja, choć pewnie nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, znajduje się w Poznaniu. Czekamy więc z niecierpliwością, co wydarzy się nad Wartą w przyszłym roku.    RED

---
Everest w Sosnowcu znów zdobyty. Padł rekord!
Kiedy Tenzing Norgay i Edmund Hillary stanęli jako piersi ludzie na szczycie Everestu, mogli przewidzieć, że swoim wyczynem zapoczątkują nową epokę w historii himalaizmu. Nie mogli się jednak spodziewać, że na Everest tłumnie przybędą kiedyś turyści, którzy będą tłoczyć się w kolejce do wejścia na wierzchołek. Ale jeszcze bardziej surrealistyczna wydaje się myśl, że Mount Everest można zdobyć w… Sosnowcu.
Na taki pomysł wpadł Krzysztof Wesołowski, prezes Polskiego Towarzystwa Sportów Ekstremalnych. Realizację przedsięwzięcia umożliwił sztuczny stok, który powstał w mieście przeszło 15 lat temu. Planowano wtedy stworzenie całorocznego centrum sportów zimowych, ale wstępne próby działalności obiektu zakończyły się fiaskiem. Mimo że na sztucznym stoku powstał oświetlony, orczykowy wyciąg narciarski, ówczesny inwestor wycofał się z dalszej realizacji projektu, a całość trafiła finalnie w ręce władz miasta. Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji podjął się niełatwego zadania zagospodarowania obiektu.
– Spoglądałem od kilku lat na tę górkę i pomyślałem, że o ile zimą można szusować na nartach, już latem nie dzieje się tam zbyt wiele – opowiada Krzysztof Wesołowski, pomysłodawca imprezy. – Na pomysł organizacji „Everestu w Sosnowcu” wpadliśmy wspólnie z żoną. Nie zawahaliśmy się i szybko przystąpiliśmy do realizacji projektu – dodaje.
W maju tego roku rekreacyjna impreza biegowa odbyła się po raz drugi. Ale do zmagań dołączyły dzieci, które również powalczyły o swoje rekordy życiowe na mniejszym, bocznym stoku. Co ważne, każdy uczestnik, niezależnie od poziomu zaawansowania, mógł wybrać dystans odpowiedni dla siebie.
– To impreza, w której każdy uczestnik jest zwycięzcą, analogicznie do sentencji „Każdy ma swój Everest!” – mówi Arkadiusz Hrabia, zastępca dyrektora do spraw sportowych w sosnowieckim MOSiR. – Start w takim biegu można potraktować bardzo poważnie, nadając mu rangę sportowego osiągnięcia. Można też pobiec zupełnie rekreacyjnie, by się sprawdzić, poczuć wyjątkową atmosferę podczas biegu – dodaje.
„Everest w Sosnowcu” to wydarzenie oryginalne i wyjątkowe. Różni się ono bowiem od powszechnej formy biegów dystansowych. Charakter trasy może wydawać się na pierwszy rzut oka monotonny, ale każde kolejne wejście przybliża uczestników do zaliczenia coraz wyższych gór – od tatrzańskich Rysów po himalajski Everest. Niebywałej rzeczy dokonał mieszkaniec Sosnowca, Krzysztof Szechlecki, który ustanowił rekord, wchodząc na górę 140 razy, co dało dystans 73 kilometrów! By zdobyć Everest, należało wejść 85 razy.
By symbolicznie stanąć na Rysach, trzeba było dokonać 23 podejść, zaś na zdobycie Mont Blanc, potrzeba 51 powtórzeń. Dokonała tego między innymi Agata Musialik, która wystartowała już drugi raz.
– Dla mnie udział w biegu, to sprawdzian własnych możliwości, ale też świetna zabawa, w której może wziąć udział praktycznie każdy miłośnik aktywności na świeżym powietrzu. Na „szlaku” panuje fantastyczna atmosfera. Uczestnicy wchodzą w interakcje, motywują się wzajemnie – opowiada mieszkanka Sosnowca.
Wiadomo już, że za rok odbędzie się trzecia edycja. Organizatorzy raczej nie powinni martwić się o frekwencję, która rośnie. Jakie zatem plany na przyszłość?
– Koronnym dystansem będzie „wejście na Everest”. Natomiast pozostałe góry z pewnością będziemy co jakiś czas zmieniać, by sam bieg był jeszcze bardziej ciekawy i atrakcyjny. Jest pomysł, żeby poza biegiem głównym i biegiem dla dzieci, mogli rywalizować również rowerzyści. Ale w tym przypadku priorytetem jest bezpieczeństwo uczestników – podsumowuje Wesołowski.
Sami uczestnicy zasugerowali, by zorganizować tego typu rywalizację w wersji zimowej albo na przykład 24-godzinnej. Czas pokaże, w którą stronę pójdą organizatorzy.    
Bartosz Andrzejewski

---
Wspinali się i biegali dla „Nabrdala”
To wydarzenie warto na stałe wpisać do kalendarza swojej sportowej aktywności. Memoriał Janusza Nabrdalika, upamiętniający świetnego wspinacza, jest jedną z nielicznych imprez sportowo-rekreacyjnych łączących miłośników wspinaczki i biegania.
W maju amatorzy wspinaczki spotkali się w Rzędkowickich Skałach, by wziąć udział w warsztatach z budowania stanowisk, przeprowadzonych przez Szkołę Wspinania GOUP. Każdy uczestnik mógł bezpłatnie wspinać się pod okiem instruktora Jarosława Cabana. A że dopisała również pogoda, trudno było znaleźć w Rzędkowicach kawałek wolnej ściany.
Z kolei impreza biegowa pod nazwą „Nabrdal Way” odbyła się w sosnowieckiej dzielnicy Maczki. Była to już trzecia odsłona tego terenowego biegu. Zawodnicy wystartowali na trzech dystansach – półmaratonu (21 km), sprintu (7 km) oraz Nordic Walking (5 km). Na każdego czekał pamiątkowy medal, który tradycyjnie już wręczała żona Janusza Nabrdalika – Olga. Zwycięzcy poszczególnych kategorii otrzymali również statuetki, a wśród wszystkich uczestników rozlosowano ciekawe nagrody, w tym książki, m.in. albumy autorstwa Danuty Piotrowskiej „Nanga Parbat 1985. In memoriam Tadeusz Piotrowski”, a także koszulki, paski czy wejściówki do sosnowieckich obiektów sportowych.
Na koronnym dystansie (półmaraton) w klasyfikacji mężczyzn najszybszy okazał się pochodzący z Siemianowic Śląskich Adam Jagiełła, który na metę przybiegł z czasem 1 godz. i 19 min, co jednocześnie jest nowym rekordem trasy. Wśród pań zwyciężyła Anna Piasecka-Wszoła. Mieszkanka Będzina wbiegła na metę z czasem 1 godz. i 46 min, co również stanowi rekord trasy w klasyfikacji kobiet.
Bieg prowadził leśnymi ścieżkami maczkowskich lasów. Tegoroczny memoriał był już trzecią z kolei odsłoną tego wydarzenia. Organizatorzy już rozpoczęli przygotowania do przyszłorocznych zmagań.
Bartosz Andrzejewski

---
Wieża na Wielkiej Sowie otwarta od czwartku do niedzieli
– Wieża na Wielkiej Sowie zamknięta! – zaalarmował mnie jeden z przewodników sudeckich, prowadzących wycieczkę w Góry Sowie. W poprzednich latach w sezonie letnim można było codziennie liczyć na wejście na wieżę. Dlaczego nie w tym roku?
Wieża na Wielkiej Sowie (1015 m n.p.m.) została oddana do użytku w 1906 roku. Nosiła najpierw imię niemieckiego kanclerza Otto von Bismarcka, potem generała Władysława Sikorskiego, a obecnie Mieczysława Orłowicza – popularyzatora turystyki. Oprócz kopalnianych sztolni jest jedną z największych atrakcji Gór Sowich, dlatego takie ograniczenie w dostępności na wakacje 2019 roku budzi ogromny niepokój.
Wielka Sowa administracyjnie leży na terenie wsi Rościszów w gminie Pieszyce. O wyjaśnienie sytuacji zwróciłem się więc do władz samorządowych, które potwierdzają, że od 1 maja tego roku obowiązują nowe godziny otwarcia wieży widokowej na Wielkiej Sowie. Czynna jest ona tylko od czwartku do niedzieli w godzinach od 10 do 18 i to w okresie od
1 maja do 31 października. W pozostałe dni możliwe jest tylko otwarcie obiektu dla grup zorganizowanych, minimum 20-osobowych, po wcześniejszym ustaleniu – najlepiej z dwudniowym wyprzedzeniem. Skąd takie ograniczenia?
– Z analizy sprzedaży biletów wstępu wynika, że otwarcie wieży od poniedziałku do środy, przy mocno ograniczonych zasobach ludzkich, mija się z celem – wyjaśnia Dorota Konieczna-Enozel, burmistrz Pieszyc.
Małe to pocieszenie dla turystów, którzy w wakacje przyjadą w Góry Sowie na piesze wędrówki z odległych rejonów kraju. Jeśli ktoś jednak chce podziwiać widoki z wieży na szczycie, niech uwzględni w swoich planach, że nawet w lipcu i sierpniu w poniedziałki, wtorki i środy obiekt będzie zamknięty. Władze gminy zastrzegają sobie, że w przypadku mgieł wieża może być również zamknięta w weekendy.
          Tomasz Rzeczycki

---
Bacówki górą!
Jak zachęcić do wędrówek po niższych pasmach górskich? Odznak, koron i koronek jest tak wiele, że trudno skompletować je wszystkie. Przed tegorocznymi wakacjami pojawiła się nowa odznaka, która zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych.
Gospodarz schroniska Jaworzec w Wetlinie stworzył unikalną książeczkę „Bacówki Edwarda Moskały”, w której znalazły się podstawowe informacje o bacówkach Moskałówkach oraz miejsce na okolicznościową pieczątkę. To właśnie Moskała wymyślił w latach 70. małe, około 30-osobowe bacówki, które z założenia nie miały być miejscami nastawionymi na zysk. Chodziło bowiem w nich o odpowiedź na wzrastającą w górach komercjalizację. To miało być miejsce odpoczynku dla osób szukających ciszy oraz całych rodzin. Dlatego też nie miały dostępu do sieci elektrycznej i telefonicznej.
– Projekt odznak bacówek PTTK powstał dlatego, aby z jednej strony przywrócić pamięć o ich twórcy Edwardzie Moskale. A z drugiej, aby odnowić jego wizję miejsc-schronisk dla strudzonego wędrowcy, który przemierza góry z plecakiem i szuka odpoczynku od cywilizacji – tłumaczy Waldek, gazda Jaworca, pomysłodawca odznaki.
Aby ją zdobyć, należy w książeczce, pod opisem poszczególnych bacówek, odcisnąć stempel z danego miejsca. Książeczki, które są również cenną bazą informacji o tych obiektach, można w cenie 6 zł kupić w bacówkach PTTK. 
RED


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też