Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | 110 lat Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego

Oddadzą życie, by ratować innych

NPM 11/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
()
Są jednymi z najlepiej wyszkolonych ratowników na świecie i jednymi z najsłabiej opłacanych. Kiedy Kowalski grzmi w internecie, że „takim ludziom pomocy się udzielać nie powinno”, „niech płacą za akcje”, oni idą i jak trzeba, to sprowadzają zagubionego w śniegu na Rysach turystę w trampkach. O uratowanych zawsze mówią delikatnie i z dystansem, o akcjach konkretnie i krótko, o sobie skromnie. A przecież to bez nich Tatry i turystyka, ale także życie i zdrowie tysięcy osób, nie byłyby takie same.

Zima. W Tatrach pustki. Tylko wystające gdzieniegdzie, uginające się pod naporem śniegu i mroźnego wiatru, kosówki towarzyszą jego krokom. Chrzęst zmrożonego śniegu odbija się echem od stalowych skał najwyższych tatrzańskich kolosów. Słychać świst wiatru, jego oddech i szum nart przesuwających się po podłożu. Nagle tę ciszę przerywa huk lawiny, która na zawsze go zabierze.
Mieczysław Karłowicz zginął u stóp Małego Kościelca, na łatwej wydawałoby się turze narciarskiej z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu Gąsienicowego 8 lutego 1909 roku. Ten odcinek przy dobrych warunkach można przejść w pół godziny. Polski kompozytor i miłośnik Tatr nie zdążył go pokonać, a akcja ratunkowa, która wyruszyła po niego, dała początek Tatrzańskiemu Ochotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu.

Zaczęło się od Zaruskiego
O konieczności powstania organizacji ratowniczej w górach mówiło się już wcześniej. Jednak to właśnie śmierć Karłowicza, którego większość osób idących mu na ratunek znała osobiście, uświadomiła dobitnie, że nie można czekać dłużej. Ratownicy są potrzebni tu i teraz. Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zostało zarejestrowane 29 października 1909 roku we Lwowie, a więc dokładnie 110 lat temu. Prezesem został Kazimierz Dłuski – polski lekarz i społecznik, a prywatnie szwagier Marii Skłodowskiej-Curie. Pierwszym w historii naczelnikiem TOPR był Mariusz Zaruski, który co ciekawe, przeniósł się w Tatry zaledwie dwa lata przed powstaniem pogotowia, ze względu na schorowaną żonę. Ona wracała do zdrowia, on wytyczał nowe drogi na pustych jeszcze wówczas ścianach tatrzańskich i szkolił przewodników, którzy stawali się coraz popularniejsi. Tak, jak i same Tatry.
Od początku TOPR tworzyli ludzie wszechstronni. Nie tylko ratownicy, ale też taternicy i narciarze – najlepsi z najlepszych. Taki był też Zaruski. To on wszedł między innymi jako pierwszy zimą na Rohacz Płaczliwy i Ostry, wspinał się o każdej porze roku, eksplorował jaskinie. Popularyzował także Zakopane, a im więcej turystów, tym więcej pracy dla ratowników.
Z dzisiejszej perspektywy wyda się to niewiele, ale biorąc pod uwagę ilość osób odwiedzających wówczas Zakopane, to 300 akcji ratunkowych, które odbyły się w ciągu pierwszych 30 lat istnienia TOPR, robi wrażenie. Szczególnie, jeśli uwzględnimy, że wzywania pomocy nie odbywało się przecież tak łatwo i szybko, jak teraz. Już wtedy nie brakowało heroicznych akcji, które definiują ratownictwo górskie, jakie znamy do dziś. Ruszają na akcje z narażeniem własnego zdrowia i życia i nie są to tylko chwytliwe slogany. Jako pierwszy poświęcił swoje życie dla innych Klimek Bachleda.

Klimku, wracajcie!
„Deszcz lał strumieniami, pomieszany ze śniegiem i gradem, chmurzyska włóczyły się po turniach bijąc piorunami w ściany” – tak o pierwszych dniach sierpnia pisał Mariusz Zaruski. Między innymi o feralnym 6 sierpnia 1910 roku. Taternicy Stanisław Szulakiewicz i Jan Jarzyna podjęli próbę pokonania północnej ściany Małego Jaworowego Szczytu. Szulakiewicz uległ poważnemu wypadkowi w ścianie, a warunki panujące tego dnia były fatalne. Z wielkim poświęceniem ratownicy dotarli około 80 metrów od poszkodowanego, kiedy Mariusz Zaruski, w trosce o zdrowie i życie ratujących, zarządził odwrót. Nie posłuchał go tylko Klimek Bachleda, zakopiańczyk i jeden z najbardziej oddanych członków TOPR. Ruszył w kierunku Szulakiewicza, kiedy nagle zeszła lawina kamienna, porywając 59-letniego wówczas ratownika. Był pierwszym, który zginął, idąc na ratunek.


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też