Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Od redakcji |

Od redakcji

NPM 3/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
()
Swój pierwszy kontakt z Tomkiem Mackiewiczem pamiętam bardzo dobrze. To był czerwiec 2008 roku. Pewnie w ogóle jeszcze wtedy nie śnił o zimowej Nandze, ale miał już za sobą nie lada wyczyn. Razem z Markiem Klonowskim przeszedł Masyw Mount Logan.

Stanęli na szczycie liczącym 5950 metrów n.p.m., pokonali łącznie 230 kilometrów. Pisał tekst dla „n.p.m.”. Spieraliśmy się o przecinki, śródtytuły i tego typu sprawy. W sprawach stylistyczno-językowych potrafił walczyć o swoje, ale nie było problemu, żeby znaleźć kompromis. Relację zatytułował „O krok od śmierci”, ale bynajmniej nie chodziło o lot na ścianie albo wpadnięcie do szczeliny.
Już po zakończeniu trawersu spływali z Markiem rwącą rzeką do cywilizacji, gdy nagle ponton poszedł pod wodę i obaj rozpoczęli kilkuminutową walkę o życie. – Myślę, że to już koniec. O dziwo jednak, nie czuję strachu. Widać organizm przyzwyczaił się już do adrenaliny – pisał o tamtych chwilach Mackiewicz. Przypomniałem sobie te zdania, gdy cała Polska śledziła ostatnie wydarzenia na Nandze Parbat. Chcę wierzyć, że kiedy został sam na 7200 metrów n.p.m., myślał podobnie jak wtedy, gdy 10 lat temu pod wodą walczył o przetrwanie. Bo jakikolwiek inny komentarz do tych wydarzeń byłby nie na miejscu.
Przyznam się, że należałem do tego grona ludzi gór, którzy nie rozumieli jego uporczywej walki o zdobycie Nangi Parbat. A gdy dwa lata temu otwarcie podważał zimowe wejście na ten szczyt trójki Simone Moro, Alex Txikon i Ali Sadpara, czułem duży niesmak. Ale podziwiałem jego determinację i konsekwencję. Co roku zimą udowadniał, że prawdziwy romantyzm jeszcze w górach istnieje. Bo jak inaczej nazwać jego niskobudżetowe wyprawy w małym gronie na ośmiotysięcznik finansowane nie przez sponsorów, a zwykłych ludzi?
Ale pewnie ostatnią rzeczą, jakiej chciałby Tomek to to, żebyśmy najbliższe górskie festiwale zamienili w stypę i sztywne wspomnienia. Bądźmy zatem dumni z czwórki Polaków, którzy uratowali życie Elizabeth RevoI i z tysięcy obywateli, którzy spontanicznie wpłacali pieniądze na gwarancje finansowe dla rządu Pakistanu, byle tylko śmigłowiec ratunkowy mógł wystartować. I słuchajmy Grubsona, bo „Na szczycie” wszystkim nam będzie się już kojarzyło tylko z Tomkiem.
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też