Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Norwegia

Obrazki ze Skandynawii

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Zielińska, Wojciech Taranowski
Słynny Kjeragbolten (FOT. ARCHIWUM WYPRAWY )
„Norwegia? Hmm, tam chyba jednak jest za drogo” – tak myśleliśmy, szukając miejsca na wspólny wakacyjny wypad. Na szczęście po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazało się, że uda się nasz pomysł wcielić w życie. I tak oto ruszyliśmy na północ w stronę ikon Lysefjordu.

Nasza przygoda z Norwegią zaczęła się cztery lata temu. Maciek po powrocie ze swojej pierwszej skandynawskiej wyprawy od razu zaczął myśleć, co zrobić, by jak najszybciej tam wrócić. Pomysł dojrzewał w nim jakiś czas: rozpoczął od czytania przewodników i zbierania materiałów, a skończył na skompletowaniu ekipy sześciu wspaniałych (dwóch Maćków, dwóch Wojtków, Bartek i Ivo). I tak w pewien czerwcowy wieczór zatwierdziliśmy plan wyprawy; tydzień później mieliśmy w kieszeniach bilety na samolot, a pod koniec sierpnia –gotowi na trekking – spotkaliśmy się na Dworcu Głównym w Bydgoszczy.
Na początek czeka nas inaugurująca wyprawę nocka na lotnisku w Trójmieście, a potem wylot skoro świt. Kierunek – Lysefjord. Nasz plan obejmuje podróż promem z Lauvvik do Flørli, a następnie kilkudniowy marsz wokół fiordu Lysefjord, w urozmaiconym krajobrazie.

Chłopaki, złapmy stopa!
O 9.27 lądujemy na lotnisku w Stavanger, oddalonym o 15 km od jego centrum. Tu pojawia się pierwszy problem – niskobud-żetowy transport. Studencki charakter wyprawy zmusza nas do cięcia kosztów przy każdej okazji, dlatego szukamy dobrego człowieka, który pomógłby nam dostać się do miasta i dalej na prom. Koniecznie musimy też kupić gaz, bo przez najbliższe pięć dni będziemy mieli ograniczony dostęp do cywilizacji. Chodzimy więc po parkingu i pytamy różne osoby o pomoc, ale jak na złość nikt nie jedzie w interesującą nas stronę. Próbujemy więc złapać stopa, gdy nagle następuje nieoczekiwany zwrot akcji.
– A chłopaki dokąd? – słyszymy pytanie wprost z norweskiej taksówki. W środku uśmiecha się do nas Michał, polski kierowca. Uważnie wysłuchuje streszczenia naszego planu podróży i decyduje się wspomóc rodaków w potrzebie. Obwozi nas po okolicy reprezentatywną, widokową trasą i zabawia różnymi historiami: czy to o życiu w Norwegii, czy to dotyczącymi planowanej przez nas trasy.
– Trzymajcie się skały, chłopaki! Bywa bardzo grząsko, sam kiedyś po pas wpadłem – ostrzega. A my już wiemy, że będzie dobrze!

Ile jeszcze?
Dzięki uprzejmości Michała docieramy do Lauvvik, skąd startuje nasz prom. Już z jego pokładu podziwiamy klif Preikestolen, na który lada dzień sami będziemy się wspinać. Po godzinnym rejsie wysiadamy we Flørli, jednej ze stacji promowych, gdzie czekają na nas 4444 drewniane stopnie i 800 metrów wysokości do pokonania. Czas zmierzyć się ze starą elektrownią wodną. Jej konstrukcja towarzyszy nam wzdłuż podejścia. Część tego obiektu uległa już zniszczeniu, czego dowodem są pozostałości spróchniałych poręczy i drewnianych szczebli od schodów. Rekordowe schody momentami bardziej przypominają drabinę, a co jakiś czas z ust któregoś z nas pada zasadne pytanie: „Daleko jeszcze?”. Po dwugodzinnym podejściu ruszamy już płaskowyżem, idąc za kopczykami wyznaczającymi orientacyjny przebieg szlaku w kierunku góry Kjerag i jej najsłynniejszej atrakcji Kjeragbolten – niezwykłego głazu o objętości pięciu metrów sześciennych zaklinowanego pomiędzy dwiema skałami na wysokości ok. 1000 metrów nad fiordem. Niestety, na podstawie mapy nie jesteśmy w stanie określić czasu potrzebnego do przebycia tej części trasy, a z powodu niezbyt dokładnego oznaczenia szlaku wielokrotnie się zatrzymujemy, żeby ustalić właściwy kierunek marszu. Na szczęście jest na co patrzeć! Teren zachwyca nas swoją różnorodnością – skalisty płaskowyż kontrastuje tu z podmokłymi miejscami porośniętymi trawą i niezliczonymi stawami. To właśnie one – będące gwarantem prostego dostępu do wody – będą wyznaczać miejsca naszych biwaków.

Dla ludzi o stalowych nerwach
Po kilku godzinach marszu i wielu przerwach na zdjęcia i herbatę docieramy na miejsce. Wzgórze Kjerag to pierwszy punkt na trasie, gdzie spotykamy grupki turystów. Wszyscy kierują się w jedno miejsce: do słynnego Kjeragbolten, zakleszczonego między dwoma skalnymi ścianami. Każdy chce mieć na nim zdjęcie. Całe szczęście, że skała jest granitowa i nie ulega tak łatwo wyślizganiu jak wapienne ostańce z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ale też nie można jej lekceważyć, bo Kjeragbolten to nie płaska, wygodna półeczka, lecz lekko zakrzywiona powierzchnia, której krawędzie skierowane są prosto w otchłań fiordu. My również nie odpuszczamy sesji fotograficznej, jednak jak na młodych i pełnych energii studentów przystało, wymyślamy coraz to bardziej ekwilibrystyczne ruchy i pozy. Jedynie zdrowy rozsądek powstrzymuje nas przed pomysłem zrobienia tam zdjęcia grupowego. Na zegarkach mamy 18.20. To najwyższa pora na odwrót, tym bardziej że jeszcze tego samego dnia planujemy dostać się do Lysebotn, wioski znajdującej się już na poziomie fiordu. Ruszamy w dół i w ciągu dwóch godzin docieramy do parkingu, skąd czeka nas długa, kręta, asfaltowa droga do miejsca biwakowego. Szczęście ponownie się do nas uśmiecha – na naszej trasie pojawia się bus bez pasażerów. Uprzejmy kierowca zwozi nas na dół, wysłuchując przy tym opowieści o naszych dotychczasowych przygodach. W podziękowaniu dajemy mu batonik muesli z pewnego popularnego w Polsce dyskontu, a zamiast zwykłego „thank you!” słyszymy pytanie: „Is it drugs?” (ang. czy to narkotyki?). Niestety, musimy go rozczarować – w tej cenie jedyną substancją aktywną może być... glukoza.

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też