Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Salzburskie

Obcy wśród bikerów

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Tomasz Cylka
Widok na Alpy Kitzbühelskie w pełnej okazałości (fot. Tomasz Cylka)
Szanse na spotkanie pieszego turysty na austriackim Hundsteinie porównywalne są do znalezienia yeti w polskich Tatrach. Trzeba za to uważać, żeby na szlaku nie zostać rozjechanym przez zastępy szalonych rowerzystów. Mimo to warto na własnych nogach zdobyć tę górę, bo widoki rozciągające się z niej na Wysokie Taury są niezapomniane.

O tym, że letni wypoczynek w austriackich Alpach nie musi być wcale taki drogi, jak się może wydawać, pisałem na łamach „n.p.m.” już w ubiegłym roku. Zdania nie zmieniłem. Uważam, że komfort korzystania z górskich uroków jest z naszymi Tatrami nieporównywalny. Oczywiście krytycy i patrioci będą mnie pewnie przekonywać, że nasze góry to niewielki obszar w porównaniu z alpejską Austrią i stąd to ogromne zagęszczenie turystów na szlaku. Trudno z tym argumentem polemizować, ale wielkość gór to nie wszystko. Ogromnie ważna jest turystyczna infrastruktura na trasie, podejście gospodarzy pensjonatów do gości czy wreszcie ceny. A często odnoszę wrażenie, że właściciele kwater pod Giewontem wyciskają z turystów, ile się da, niewiele oferując w zamian. Wiele razy przekonałem się już, że w Polsce łatwo o ciasne i ciemne pokoje w cenie 60 złotych od osoby, gdzie jest problem z ciepłą wodą. Tymczasem w Alpach często za tę cenę można już mieszkać w prawie stumetrowym mieszkaniu z pełnym kuchennym wyposażeniem. Oczywiście, trzeba wtedy jechać z rodziną albo grupą znajomych, bo wynajęcie takiego mieszkania kalkuje się przy co najmniej czterech osobach, ale zapewniam, że – pomijając wątki patriotyczne – nikt takiego wyboru żałować nie będzie.

Tylko orkiestra spokój „zakłóca”
Nasz wybór padł na dom wakacyjny Moderegg w niewielkiej miejscowości Sankt Georgen, położony 10 kilometrów na wschód od znanego kurortu Zell am See, który leży na pograniczu Wysokich Taurów, Alp Kitzbühelskich i Salzburskich. Ale nie zrażajcie się tym kurortem tak do końca, bo zalety takiego rozwiązania są nieocenione. Na przykład dzieci mają jezioro z wszelkimi atrakcjami na wyciągnięcie ręki, do tego w okolicy znajdziecie i park dinozaurów, i multimedialne muzeum przyrodnicze. Jest w czym wybierać i nikt się nudzić nie będzie, nawet jak pogoda spłata figla. Żony też będą zadowolone, bo w ostateczności na pobliskie szczyty można wjechać kolejkami. No i na wyciągnięcie ręki jest kultowa Grossglockner Hochalpenstrasse, najpiękniejsza droga wysokogórska w Austrii, gdzie samochody wjeżdżają na wysokość wyższą od rodzimych Rysów. Owszem, można się śmiać, że to komercja za 26 euro od auta, ale wrażenia są niezapomniane.
Sam dom położony jest jednak na zupełnym odludziu. Wąską drogą z Sankt Georgen wjeżdża się na wysokość 1170 m n.p.m. Przyjechaliśmy tu późnym wieczorem. Niektórym pasażerom, którzy w Alpy przybyli po raz pierwszy, strach zajrzał w oczy. Ostre zakręty, spore nachylenie i droga oświetlona jedynie wąską strugą światła reflektorów wspinających się na górę aut – kto jest nieprzyzwyczajony, ten naprawdę może się bać. Ale rześki, słoneczny poranek przynosi nagrodę. Piękna zieleń i taras z widokiem na góry – czego więcej trzeba. Na wprost naszych okien patrzymy na mało popularne, bo niepozorne szczyty. Jak na dłoni między innymi Schafelkopf (2264 m n.p.m.) i Achenkopf (2260 m n.p.m), a w oddali po prawej stronie majaczy lodowcowe pasmo Grossglocknera, serce Wysokich Taurów. Trzeba też zaznaczyć, że oprócz naszej kwatery wokół nie ma zupełnie nic. Można się delektować alpejską ciszą, chyba że w niedzielny poranek spokój „zakłócą” dźwięki orkiestry dętej, która na dole zaprasza mieszkańców na nabożeństwo. Niestety, żadnej pieśni nie rozpoznajemy, ale dźwięki niosą się po okolicy.
Nasze mieszkanie znajduje się na drugim piętrze, prowadzą jednak do niego osobne drewniane schody, a sympatyczna gospodyni nikomu się nie narzuca. Za to gdy potrzebna jest pomoc, nie odmawia. Znalazła nam nawet mechanika samochodowego, gdy jedno z naszych aut miało kłopoty.

W schronisku inne obyczaje
Minus kwatery jest jeden: żeby zdobywać góry, trzeba dojechać autem w różne rejony po kilkanaście kilometrów. Wariant wycieczki prosto spod drzwi jest jeden: przechodzący obok naszego domu szlak z Sankt Georgen prowadzi w kierunku schroniska Moosalm (1533 m n.p.m.). Drogowskaz wskazuje trzy i pół godziny. Z mapy wynika, że stamtąd można zaatakować popularny wśród rowerzystów szczyt Hundstein (2117 m n.p.m.) i wrócić inną trasą do bazy. Mój problem polega na tym, że nikt z naszej ekipy nie ma ochoty na kilkugodzinny spacer w sierpniowym upale. Do tego późna pora wyjścia – niestety zbliża się południe, ale tak to jest, gdy z rana trzeba zająć się dziećmi – dyskwalifikuje moje bardziej ambitne przedsięwzięcie. Ruszam na szlak z nastawieniem, że dziś dwóch tysięcy metrów nie pokonam.
– Jak obierzesz inne warianty zejścia, daj znać. Podjadę po Ciebie samochodem – mój przyjaciel obiecuje wieczorną pomoc, co przy alpejskich odległościach jest ważną deklaracją.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Inne masywy Alp Austriackich (m.in. Dachstein, Oetztalskie)

Zobacz też