Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Stanisław Suchocki

O Magdzie, co szyberdach wyrwała

NPM 9/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Jakub Terakowski)
Ze Stanisławem Suchockim, wieloletnim bileterem na Palenicy Białczańskiej przed Morskim Okiem, rozmawia Jakub Terakowski  

Spotkał Pan prawie wszystkich turystów idących w Tatry w ciągu ostatnich kilkunastu lat...
Bez przesady, widziałem tylko tych zmierzających z Palenicy nad Morskie Oko i do Doliny Pięciu Stawów. Czyli kilkaset tysięcy rocznie, najwięcej 16 sierpnia 2011 roku – ponad 13 tysięcy osób, gdy padł oficjalny rekord.

Był Pan tu wtedy?
Oczywiście, nie odszedłem od kasy przez dwanaście godzin, od czwartej rano do szesnastej. Dziewczyny pracujące przy sąsiednich bramkach padały ze zmęczenia, nie mogły nawet pójść do toalety, bo turyści wołali, że kolejka im się wydłuża.

A jak długo, w szczycie sezonu, trzeba tu czekać na wejście do TPN?
To zależy od napływu aut. Jeżeli na parking wpada bus za busem i każdy przywozi po trzydzieści osób, to kwadrans może nie wystarczyć. Najdłużej trwa obsługa turystów indywidualnych, bo każdemu należy sprzedać osobny bilet.

Nie da się w takiej sytuacji zatrudnić dodatkowych pracowników?
Nie, ponieważ wejścia są tylko trzy, więc nie ma tu już miejsca na ustawienie następnej kasy.

Byłem przekonany, że bilety sprzedawane są od ósmej, a Pan powiedział, że już od czwartej rano...
To nie zdarza się często, lecz są dni, gdy nie można inaczej.

Normują to jakieś przepisy?
Zgodnie z umową ajencyjną w sezonie letnim prowadzący punkt sprzedaży ma obowiązek otworzyć kasę o godzinie ósmej i zamknąć o siedemnastej, ale ma też prawo dowolnie wydłużyć czas pracy. A w moim przecież interesie jest być na Palenicy przed turystami. Nie wymaga to zresztą szczególnego wysiłku, gdyż mieszkam na strażnicy, za płotem parkingu. Zimą godziny obligatoryjnej pracy są krótsze: od dziewiątej do czternastej; natomiast przy czwartym i piątym stopniu zagrożenia lawinowego w ogóle nie prowadzimy sprzedaży biletów wstępu do TPN.

A ilu turystów najmniej przeszło przez bramkę w ciągu dnia?
Dokładnej liczby nie pamiętam, lecz najmniejszy utarg dzienny, w kwietniu tego roku, wynosił 32 złote, więc – przy obecnych cenach biletów – nie mogło to być więcej niż kilkanaście osób. Poza sezonem największy ruch jest w weekendy, natomiast w wakacje o frekwencji decyduje przede wszystkim pogoda. Rekordy padają, gdy po deszczowym tygodniu sobota i niedziela są słoneczne.

Zdarza się, że turyści próbują uniknąć uiszczenia opłaty za bilet?
Oczywiście, nie dalej jak wczoraj pewien rowerzysta obszedł bramkę dookoła, przez las. Straż Parku zatrzymała go już przy Wodogrzmotach Mickiewicza; wrócił stamtąd jak niepyszny z mandatem w kieszeni. Czasem turyści próbują też skorzystać z wejścia dla fiakrów, przeskakują przez płot obok toalet lub kluczą dzikimi ścieżkami. Raz im się to udaje, raz nie. Zazwyczaj nie... (śmiech). Niemal codziennie też pojedyncze osoby wchodzą na teren Parku przed otwarciem kas, niektórzy przez wzgląd na oszczędność, inni – ponieważ planują odległe trasy wymagające wczesnego startu. Ci nie popełniają jednak wykroczenia, gdyż nie wymagamy od turystów, aby oczekiwali na uruchomienie punktu sprzedaży biletów.

I nikt nie pomstuje na obowiązek uiszczenia opłaty za wstęp?
Czasem słychać pomruki niezadowolenia, lecz wszystkie awantury, których byłem świadkiem, wszczynały osoby nietrzeźwe. Takich scysji nie było dużo, najwyżej kilka, odkąd tu pracuję.

Nietrzeźwi? W górach?
Niestety, zdarza się, że już turyści wyruszający na szlak są pijani, o wracających nie wspominając. Nie mamy prawa ich zawrócić, możemy tylko próbować im to wyperswadować. W maju, obok Wanty, straż Parku zatrzymała trzech awanturujących się, nietrzeźwych mężczyzn z dziecięcym wózkiem, pełnym butelek. – A gdzie niemowlak? – pyta funkcjonariusz. – Został z matką w Morskim Oku... W lipcu grupa kibiców wymalowała sprayem cały odcinek drogi od Włosienicy do schroniska. Napisy, w tym wiele wulgaryzmów, pojawiły się zarówno na asfalcie, jak i na głazach znajdujących się przy szlaku. Jestem przekonany, że zdewastowali szlak, będąc pod wpływem alkoholu. Trzeźwi turyści nie przysparzają nam poważnych problemów.

A niepoważne?
Bywają niekiedy wręcz zabawne. Kilka dni temu podeszło do okienka małżeństwo. – Kup mi bilet – poprosił mąż. – Dostałeś przecież kieszonkowe – odpowiedziała żona.
– Ale wydałem na papierosy, zostały mi tylko dwa złote – zaprotestował. – To poczekaj, skarbie, aż wrócę – usłyszał na pożegnanie.

I nie wszedł?
Wszedł, bo ulitowałem się i sprzedałem mu bilet ulgowy, dokładnie za dwa złote. Innym razem zwróciłem uwagę na panią z zaskakująco pokaźnym biustem, który ni stąd, ni zowąd zaczął się wiercić i szczekać. Próbowała przemycić pod bluzką yorka...

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też