Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Główny Szlak Beskidzki na biegowo

O jeden dzień dłużej

NPM 1/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Pawłowski
Biegiem przez bieszczadzkie połoniny (fot. Łukasz Pawłowski)
Moje marzenie zakiełkowało w głowie kilka lat temu. Ponad 500 kilometrów w tydzień stanowi ogromne wyzwanie dla organizmu. Do tego logistyka, pogoda i walka z własnymi słabościami. Oto jak spełniło się moje marzenie.

Cel był jasny: przebiec jesienią Główny Szlak Beskidzki w sześć dni. Start w Wołosatem, w samym sercu Bieszczadów, a meta w Ustroniu w Beskidzie Śląskim. Wyzwanie godne górskiego ultramaratończyka.

Dzień 1. Wołosate
Pobudka o godzinie 4.30, by już o 5.08 ruszyć po przygodę. Zaraz za tabliczką oznaczającą koniec Wołosatego zaczyna się dzicz. Odgłosy z pobliskich łąk i lasów zatrzymują mnie. Stoję i nasłuchuję. Co to jest? Moje największe obawy to niedźwiedzie. Słabo znam Bieszczady, nie wiem, czego się tu spodziewać. Po kilku minutach przezwyciężam strach, mimo że odgłosy, ryki i inne nierozpoznane przeze mnie dźwięki są coraz bliżej... Stają się tak wyraziste, jakby ich źródło znajdowało się 100 metrów ode mnie.
Pozostaje biec i rozglądać się dookoła siebie. Jest jeszcze ciemno. Półszaro robi się w drodze na granicę z Ukrainą. Ryki i hałasy nie milkną aż przez najbliższe dwie godziny. Tak samotny i bezbronny w górach nie czułem się jeszcze nigdy. Natura pokazuje swoją siłę w całej okazałości. Towarzyszy mi przekrój dźwięków od a do zet. Dookoła dzikie góry z dzikimi stworzeniami... Nastawiłem się na przetrwanie – biegiem, czerwonym szlakiem aż do Ustronia. Jak najdalej od tych odgłosów, które na pewno nie są przyjacielskie. To królestwo zwierząt i to one ustalają tutaj reguły. Czmycham stąd, jak szybko się da; dreszczyku emocji dodaje jeszcze wyraźny ślad na szlaku – to łapy i pazury niedźwiedzia.
Połoninami niełatwo biec. Tłum ludzi tego dnia. Piękna pogoda, do tego niedziela zaowocowały rzeszą turystów. Budowa podłoża również sprawia trudności z układaniem stopy w biegu. Tego dnia mam najwięcej wywrotek; niektóre są naprawdę groźne, ale kończą się szczęśliwie.
Planowałem tego dnia zrobić więcej niż 76,5 km. Dzień przynosi inne rozwiązanie. Na przełęczy Żebrak decyduję się na zakończenie dzisiejszego etapu i odbijam od szlaku dwa kilometry na nocleg w bazie studenckiej Rabe. Dlaczego tak? Postanawiam nie przemieszczać się po zmroku ze względów bezpieczeństwa. Tym samym uświadamiam sobie, że mój dobowy kilometraż będzie mniejszy, niż początkowo zakładałem. Cóż, rady na to nie ma żadnej. Moje morale nie spada, przyjmuję poprawki i napieram dalej.

Dzień 2. Przełęcz Żebrak
Rano odrabiam dwa kilometry pod górę na przełęcz Żebrak. Odcinek do Komańczy wydaje się łagodny, więc nie przewiduję kłopotów.
Tymczasem jeszcze dobrze nie zdążę się obudzić, a już przed oczami mam kilka ogromnych włochatych punktów, które gapią się na mnie. Nagle gwałtowny ruch i trzęsienie ziemi. Całe stado żubrów w odległości 50 metrów przecina mi szlak. Stoję jak wmurowany. Jeszcze nigdy w życiu na żywo nie widziałem żubra, a tu taka miła niespodzianka: całe stado, około 14 sztuk. To nie koniec żubrowego dnia; pół godziny później spotykam następne stado, już nieco obok szlaku. Tak zaczyna się mój drugi dzień napierania.
Planuję, że tego poranka śniadanie zjem w schronisku w Komańczy. Niestety, muszę się obejść ze smakiem, gdyż kuchnia akurat jest nieczynna z powodu remontu. Dobrze, że zatrzymałem się wcześniej w sklepie. Moje główne menu to banany, pomidory, jabłka, ogórki, pomarańcze, czasami śliwki. Raczę się tym, co oferuje sprzedawca; wybór owoców, niestety, okazuje się bardzo słaby, szczególnie w małych miejscowościach.
Po minięciu schroniska w Komańczy spotykam dwóch sympatycznych, energicznych panów. Plecaki wypchane po brzegi, idą cały Główny Szlak Beskidzki. Na mój widok jeden od razu strzela z armaty: – Ultra!
– Tak jest, panie, ultra – odpowiadam uradowany.
– W jaki czas celujesz? – dopytują od razu.
Mówię, że miało być sześć dni, ale plan zweryfikowałem na siedem i tego będę się trzymał. Uprzedzają mnie, że jest kilka miejsc w Beskidzie Niskim, gdzie należy uważać. Przede mną 150-kilometrowy odcinek tego terenu, którego obawiam się najbardziej na całej trasie. Wydawałoby się, że dzisiejszy etap nie należy do wymagających. Szlak na razie jest oznaczony dobrze, a przede mną Tokarnia (778 m n.p.m.). Co?! Taka niewysoka górka? No może niewysoka, ale jakie prowadzi na nią podejście!

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też