Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Aleksandra Dzik

Noszak pokazał pazur

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Aleksandra Dzik
Aleksandra Dzik (FOT. Jarosław Tomaszewski)
41 lat temu, 13 lutego 1973 roku, Tadeusz Piotrowski i Andrzej Zawada stanęli na szczycie leżącego w afgańskim Hindukuszu Noszaka. Był to pierwszy raz, kiedy człowiek znalazł się zimą na wierzchołku siedmiotysięcznika. Co więcej, wydarzenie to rozpoczęło erę zimowego zdobywania najwyższych gór świata.

Mimo upływu wielu lat ta przełomowa wspinaczka nie doczekała się powtórzenia. Ale tak właśnie bywa z zimowymi wejściami wysokogórskimi: gdy już raz dany cel zostanie osiągnięty, wspinacze koncentrują się na innych, jeszcze niezdobytych. Rzadko komu chce się zmagać z ciężkimi warunkami bez możliwości zostania autorem pierwszego wejścia. Tak było i nadal jest również z Noszakiem (7492 m n.p.m.). Historyczny sukces ciągle czeka na wejście numer dwa.

Czwórka śladem zdobywców
Świadomi, że dawnym zdobywcom nie dorastamy do pięt, a jednak wyposażeni w dużo lepszy niż w ich czasach sprzęt, postanowiliśmy więc zmierzyć się z Noszakiem zimą. Czteroosobowy polsko-rosyjski zespół stworzyli: Robert Róg, Hubert Krzemiński, Oleg Obrizan oraz ja. Na działalność górską wybraliśmy początek zimy: styczeń i początek lutego. Właśnie wtedy, jak wskazywały obserwacje prognoz pogody z dwóch ostatnich lat, warunki na tej górze bywają najbardziej stabilne i zdarzają się okresy wprawdzie zimnej, ale wyżowej i względnie mało wietrznej pogody. Pod tym względem Noszak wypada znacznie lepiej niż leżące bardziej na północ, zatem w zimniejszych regionach, a do tego często nawiedzane przez załamania pogody i silne wiatry, siedmiotysięczniki Pamiru i Tien-szanu.
Choć nasz dojazd pod Noszak nie był tak długi i pełen przygód jak opisana w książce Tadeusza Piotrowskiego „Gdy krzepnie rtęć” podróż koleją i ciężarówką odbyta przez ówczesną wyprawę, to jednak dotarcie pod górę kosztowało nas trochę czasu i emocji. Ze stolicy Tadżykistanu, Duszanbe, dokąd dolecieliśmy samolotem i gdzie bezskutecznie usiłowaliśmy wyrobić afgańskie wizy, transportem samochodowym udaliśmy się na południowy wschód kraju do Badachszanu. Po otrzymaniu wiz, niestety tylko miesięcznych, w Chorogu, a następnie przekroczeniu granicy w Iszkaszim i uzyskaniu tam niezbędnych pozwoleń, mogliśmy wreszcie udać się do miejscowości Kazi Deh, skąd wyruszają karawany pod Noszak. Tutaj zaczyna się Korytarz Wachański – górska kraina zamieszkała przez gościnną i przyjazną ludność wyznającą ismailityzm. Szef miejscowego hostelu od razu zaprosił nas na nocleg i posiłek. Mimo że nie stać nas było na zapłacenie ustalonej dla zamożnych turystów z Zachodu stawki, nie było mowy, abyśmy jak dzień wcześniej w Iszkaszim spali w namiocie.

Trzynastka dla bazy
Po trzech dniach karawany, 13. dnia od rozpoczęcia wyprawy, na wysokości ok. 4200 m n.p.m. postawiliśmy bazę. Sirdar (szef) tragarzy twierdził, że to „Polandi Chajma” – miejsce bazy wyprawy Tadeusza Piotrowskiego i Andrzeja Zawady. Jednak nazajutrz, podczas wyjścia rekonesansowego, znaleźliśmy miejsce bazy tamtej ekspedycji nieco dalej w głąb doliny, u podnóża charakterystycznej skały, którą rozpoznaliśmy ze zdjęć. Ale że znajdowała się około 40 minut drogi od naszej bazy, zdecydowaliśmy się nie przenosić tam obozu.
Nasza baza, choć skromna, bo złożona tylko z jednego pięcioosobowego namiotu, pozwalała na względnie komfortowy wypoczynek. Do temperatur w nocy spadających poniżej minus 30 stopni, jak i do braku możliwości umycia się inaczej niż tylko chusteczkami zdołaliśmy się przyzwyczaić. Problemem był za to agregat, który po godzinie pracy zepsuł się bezpowrotnie.
Obóz I założyliśmy na wysokości 4900 m n.p.m., już po przekroczeniu lodowca, u podnóża głównego masywu Noszaka. Podejście z bazy do jedynki po łamliwej szreni, w którą zapadaliśmy się nieraz po uda, nie należało do przyjemnych. Kolejnego dnia, po podejściu śnieżno-lodowym kuluarem, a następnie skalnym żebrem na ok. 5550 m n.p.m., postawiliśmy obóz II. Znajdował się on na niewielkim, mieszczącym zaledwie jeden mały namiot, wypłaszczeniu. I podobnie jak cały ten odcinek drogi był narażony na silny wiatr. Przed wyjazdem obawialiśmy się, że w wyższych partiach góry również będzie dużo śniegu, ale okazało się zupełnie odwrotnie: śnieg był wywiany, a szczyt pokrywał twardy lód. Po noclegu w „dwójce” zeszliśmy na zasłużony odpoczynek do bazy. Pogoda, mimo przeplatania się dni słonecznych i pochmurnych, cały czas była na tyle dobra, że mogliśmy działać.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też