Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Niżne Tatry

Niższe nie znaczy gorsze

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Bartek Kaftan
Widocznym na zdjęciu grzbietem prowadzi zimowy szlak na ukryty w chmurach Dziumbier. Po stopnieniu śniegów na szczyt wchodzi się od strony zachodniej (fot. Bartek Kaftan)
Nazwano je trochę niesprawiedliwie. Niżne Tatry – że niby mniejsze, gorsze, taki ubogi krewny Gerlacha, Łomnicy i Rysów? Trochę niższe są, to fakt. Ale za to prawie dwa razy rozleglejsze. I dłuższe.

Niżne Tatry leżą w samym sercu Słowacji. Ciągną się równolegle do Tatr Wysokich i Zachodnich, zamykając od południa Kotlinę Liptowską potężnym, niemal 100-kilometrowym murem. Wytyczono tu jeden z najpiękniejszych słowackich szlaków – słynna hrebeňovka przez cały czas wiedzie grzbietem Niżnych Tatr. Pięć dni marszu przez świerkowe lasy, łany kosodrzewiny, bezkresne hale. Wędrowałem tą trasą parę lat temu. Potem wielokrotnie jeździłem w „prawdziwe” Tatry i za każdym razem z tęsknotą spoglądałem na południe. W końcu postanowiłem wrócić w Niżne. Razem z moim tatą Jackiem ruszamy w zachodnią, czyli wyższą i bardziej alpejską, część pasma – na Dziumbier, Dereše i Chabenec.

Z Jana pod ziemię, a potem do nieba
Wędrówkę rozpoczynamy w miejscowości Liptowski Jan. Niebieski szlak prowadzi asfaltową szosą wśród opustoszałych po letnim sezonie hoteli i pensjonatów. Sceneria może mało górska, ale rozgrzewka nie najgorsza. Z pewnością się przyda – przed nami kilkanaście kilometrów i ponad 1000 m przewyższenia, cały czas dnem Jánskiej doliny, która wyprowadzi nas na główny grzbiet Niżnych Tatr.
Na razie jednak, zamiast piąć się w górę, ruszamy w dół. Po mniej więcej 30 minutach marszu docieramy do Jaskini Staniszowskiej, jednej z wielu w dolinie. Zakładamy polary, czapki i czołówki, po czym w siedmioosobowej, polsko-czesko-słowackiej grupie wchodzimy do jaskini. Choć jej ściany i sklepienie pokrywają najróżniejsze formy naciekowe, pokaźnych stalaktytów i stalagmitów ostało się niewiele. Odrąbali je ponoć liptowscy kamieniarze. Aby wynagrodzić turystom ten niedostatek, opiekujący się jaskinią speleolodzy umieścili w kilku szczelinach kukły grotołazów w kaskach i kombinezonach, a przewodnik pokazuje znalezione pod ziemią kości niedźwiedzi i nietoperzy oraz pordzewiałe karabiny partyzantów, którzy ukrywali się tu podczas II wojny światowej. Na koniec częstuje wszystkich domową borovičką i upomina, by kilka kropli ofiarować duchom gór.
Pokrzepieni ruszamy w dalszą drogę. Po godzinie docieramy na malowniczą polanę Pred Bystrou, gdzie robimy krótki popas z widokiem na wychodnie skalne na zboczach Slëmy (1514 m n.p.m.) i Ohništa (1538 m n.p.m.). Te wapienne szczyty przypominają nieco tatrzański Kominiarski Wierch i słyną z licznych form krasowych. To właśnie tu znajduje się największe na Słowacji okno skalne, którego niestety nie widać z miejsca naszego odpoczynku. Wkrótce po wznowieniu marszu mijamy za to inną krasową osobliwość – ponor Szczawnicy, czyli miejsce, gdzie płynący dnem doliny strumień znika pod ziemią.
Za polaną szlak początkowo wiedzie wśród poręb. To pamiątka po potężnej wichurze, która w 2004 roku powaliła tysiące hektarów lasu w Niżnych i Wysokich Tatrach. Gruntowa droga w wielu miejscach jest zniszczona przez ciężkie pojazdy drwali, wkrótce jednak zwęża się w trawiastą ścieżkę. Powoli zagłębiamy się w piękny świerkowy bór. Idziemy wśród omszałych głazów i jagodzisk, w dole szumi strumień – od razu robi się bardziej
górsko! Po mniej więcej półtorej godziny marszu między drzewami dostrzegamy drewnianą chatkę. Koliba Brenkus stoi w niezwykle malowniczym miejscu, na skraju rozległej polany. Na wędrowców czekają tu prycze, piec, zapas drewna, a nawet siekiera i piła. Zaznaczamy to miejsce na mapie – trzeba będzie wybrać się tu kiedyś na biwak. Tymczasem ruszamy jednak w dalszą drogę do dzisiejszego celu – schroniska im. gen. M. R. Štefánika (1740 m n.p.m.).
Ostatni odcinek w pełni wynagradza nam początkową monotonię. Ścieżka pnie się teraz przez kosodrzewinę, a wśród ciemnozielonych płatów migają złote jarzębiny z kiściami czerwonych owoców. Gdy docieramy na przełęcz, naszym oczom ukazują się rozległe Rudawy, góry rozciągające się na południe od Niżnych Tatr, aż po granicę węgierską. Rozpoznajemy charakterystyczną, spłaszczoną sylwetkę Klenovskiego Vepra i wulkaniczny masyw Pol’any. Na wschodzie dominuje kopuła najwyższej w całych Rudawach Stolicy, na zachodzie zaś na horyzoncie majaczą góry Szczawnickie i Kremnickie. Moglibyśmy jeszcze długo wpatrywać się w to morze grzbietów, dolin i szczytów, ale podmuchy chłodnego wiatru przypominają nam, że zbliża się wieczór. Na szczęście dosłownie na wyciągnięcie ręki jest schronisko, a w nim jadalnia pachnąca gulaszem z knedlikami.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Niżne Tatry
Słowacja

Zobacz też