Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Niższa o dwa metry

NPM 3/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Bartosz Andrzejewski
(fot. Bartosz Andrzejewski)
Kłodzka Góra – jakże dumnie brzmi ta nazwa. Jakbyśmy mieli do czynienia z górą dominującą nad największym w okolicy miastem. A nawet ze szczytem najważniejszym w całej kotlinie. Tymczasem całe Góry Bardzkie nie należą do rejonów najpopularniejszych wśród turystów. I chciałbym, żeby tak zostało.

Góry Bardzkie nie imponują znacznymi wysokościami, bo najwyższe szczyty nie osiągają tu nawet wysokości 800 metrów n.p.m. Ale czy to ważne? Przecież ten rejon to przede wszystkim piękna i jak na współczesne czasy dość dzika przyroda. O bogactwie regionu świadczą choćby znajdujące się tu kilkusetletnie cisy. Na przykład na zboczach Brzeźnickiej Góry spotkamy największe skupisko tych drzew na Dolnym Śląsku. To rezerwat „Cisy”, w którym znajduje się około półtora tysiąca tych drzew. Jest jeszcze drugi, nieco mniejszy rezerwat o nazwie „Cisowa Góra”. Poza tym to pasmo jest też w malowniczy sposób przecięte przełomem wartko płynącej Nysy Kłodzkiej, która dzieli je na Grzbiet Wschodni i Grzbiet Zachodni. Jest się czym zachwycać.
I to właśnie poznawanie takich zakątków jest dla mnie największą frajdą podczas zdobywania szczytów Korony Gór Polski, bo nie o samo kolekcjonowanie gór w tej przygodzie chodzi. To droga, którą pokonuję w ciszy i spokoju, z dala od zgiełku i codzienności, jest dla mnie najważniejsza. Dziś już wiem, że oficjalna klasyfikacja Korony zdopingowała mnie do odwiedzin górskich pasm, w których pewnie moja noga nigdy by nie stanęła. W swych wędrówkach zapewne skupiłbym się na Tatrach czy Beskidach, a odludne zakątki Sudetów – jak na przykład Góry Bystrzyckie, Bialskie czy właśnie Bardzkie – pozostałyby gdzieś na szarym końcu moich zainteresowań.

W góry koniecznie bez Google!
Niemal przed każdym wyjazdem na którąś z gór Korony spędzałem sporo czasu na przeglądaniu internetu, by zaczerpnąć o niej informacji. Zazwyczaj nie kończyło się na dokładnym przewertowaniu mapy lub przewodnika, a na wirtualnym zwiedzaniu góry. Owszem, takie podejście pozbawiało mnie elementu zaskoczenia i spontanicznych doznań na szlaku, ale chciałem się dobrze do wyjazdu przygotować. Tak było choćby w przypadku beskidzkiej królowej – Babiej Góry. Nim po raz pierwszy ruszyłem na Diablak, obejrzałem setki zdjęć i sporo filmów, przez co góra nie miała przede mną żadnych tajemnic.
Tym razem postąpiłem inaczej i moja przygoda z Kłodzką Górą (763 m n.p.m.) zaczęła się dość nietypowo. Wybrałem szlak, zaplanowałem drogę dojazdu do miejsca, z którego chciałem wystartować i nawet nie zapytałem „wujka Google” o Kłodzką Górę, czy w ogóle o Góry Bardzkie. Kiedy mojemu górskiemu kompanowi, Rafałowi oznajmiłem, gdzie jedziemy, ten popatrzył na mnie tylko ze skrzywioną miną.
– Czy znów zmierzamy do jakiejś dzikiej krainy i będziemy wędrować po lesie? – zapytał.
Nie zaprzeczyłem. Powiedziałem też, że bardzo mało wiem o lokalizacji, do której się wybieramy i by nastawił się na współpracę z tradycyjną mapą. Na tę informację zareagował już nieco bardziej entuzjastycznie.
Nadchodzi dzień wyjazdu. Nocną porą wyjeżdżamy w stronę Kotliny Kłodzkiej. Zawsze z przyjemnością jeżdżę w tę okolicę. Przecież to właśnie tam, w niepozornym Lądku-Zdroju odbywa się największy w Polsce festiwal górski. Mowa oczywiście o Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady. Poza tym nieco bardziej na zachód, bo w Wałbrzychu mieszkają moi krewni. Mam po co przyjeżdżać na Dolny Śląsk, nawet, jeśli nie wybieram się w góry.

Z klapami na oczach
Docieramy o świcie na Przełęcz Kłodzką (483 m n.p.m.). To właśnie przez nią przebiega droga krajowa nr 46 ze Złotego Stoku w kierunku Kłodzka. Na opustoszałym o tej porze parkingu zostawiamy samochód i niebieskim Europejskim Szlakiem Długodystansowym E-3 ruszamy w górę, w kierunku północnym. Idąc jego nitką, dotrzemy ostatecznie do szlaku koloru żółtego, który doprowadzi nas na Kłodzką Górę. Trzeba jednak zaznaczyć, że Góry Bardzkie nie słyną z gęstej sieci szlaków. Zdecydowanie więcej możliwości czeka na rowerzystów.
Podchodzimy południowym, dość stromym jak na tutejsze warunki zboczem. Pojawiają się pierwsze promyki wschodzącego słońca. Ten fragment to właściwie jedyne miejsce, w którym trzeba się nieco „wspinać”. Według mapy, dalsza droga to już tylko trawers.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też