Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Alpy, Wysokie Taury / Grossglockner

Nieważne są nerwy, ale cel

NPM 8/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Habdas
(fot. Tomasz Habdas)
Doganiamy ekipę idącą przed nami. Inni w sprawnym tempie doganiają nas. Tworzy się zator, ludzie coraz bardziej się denerwują. W tym momencie uzmysławiam sobie, że największym zagrożeniem na Grossglocknerze nie jest ekspozycja i grań, tylko ogromna liczba wspinaczy.

Pomysł na podbój Austrii i jej najwyższego punktu narodził się we mnie podczas mojej pierwszej wizyty w paśmie Wysokich Taurów. Wtedy celem był Grossvenediger (3666 m n.p.m.) i choć sam szczyt został zdobyty, to pozostawił po sobie duży niedosyt. Całą drogę powyżej schroniska, przebyliśmy w wielkiej chmurze, toteż jedyną rzeczą, jaką mogliśmy zobaczyć na szczycie, był wielki krzyż, który stanowi jej zwieńczenie. W tamtym momencie postanowiłem, że do Austrii wrócę, ale już nie w to samo miejsce, tylko gdzieś indziej, wyżej, a najlepiej tam gdzie najwyżej, czyli na Grossglocknera (3798 m n.p.m.).
To chyba nasza narodowa cecha, która każe nam robić w pierwszej kolejności to, co najtrudniejsze i najwyższe, a dopiero potem odkrywać inne, niższe, ale równie piękne góry. Sam zrobiłem dokładnie to samo, gdy jadąc pierwszy raz w Alpy, postanowiłem wraz z kolegami zdobyć Mont Blanc, ale dziś nie o tym.

Lekko nie będzie
Nasza przygoda zaczyna się już w Polsce. Ekipa, która zdecydowała się na tę wyprawę, liczy sześć osób. Dlatego decydujemy się na wynajem większego samochodu. Wyjeżdżając z Żywca, zahaczam o Milówkę i Katowice, by zabrać kompanów i w komplecie ruszyć w stronę czeskiej granicy. Celowo wyjeżdżamy z Polski pod wieczór, żeby nad ranem dotrzeć do celu i rozpocząć trekking. Mamy trzech kierowców w zespole, więc w teorii każdy powinien zaznać kilka godzin snu. Przed nami ponad 900 kilometrów jazdy przez Czechy i Austrię, co powinno zająć nam około 10 godzin.
Kilka minut przed szóstą rano, meldujemy się na parkingu w Kals am Grossglockner, nieopodal Lucknerhaus. Z centrum Kals prowadzi tutaj, kręta wysokogórska Kalser-Glocknerstrasse, którą dojeżdżamy samochodem na wysokość 1918 metrów n.p.m. Już stąd widać nasz główny cel – Grossglocknera dumnie górującego na samym końcu doliny, w której się znajdujemy.
Przepakowujemy plecaki, zabieramy tylko to, co może przydać się na górze i powoli zaczynamy austriacką przygodę. Jeszcze w kwietniu rezerwowałem dla nas nocleg w najwyżej położnym schronisku na naszej trasie, czyli w Erzherzog-Johann-Hütte (3451 m n.p.m.), co pozwoli zaoszczędzić czasu i energii podczas ataku szczytowego. Jednocześnie jednak, oznacza to większy wysiłek pierwszego dnia. Mamy bowiem do pokonania ponad 1500 metrów przewyższenia, co po nocnej podróży będzie z pewnością dużym wyzwaniem.
Na szczęście prognozy pogody są bardzo dobre i jak wszystko się sprawdzi, to czeka nas jutro przysłowiowa lampa na szczycie. Nie ma zatem co przesadzać z grubymi ubraniami, tym bardziej, że śpimy w ogrzewanym schronisku, a na samym lodowcu w środku lata powinno być nam przyjemnie ciepło. Mimo to, pierwsze zarzucenie plecaka na plecy powoduje, że już wiem – lekko nie będzie.

Trzy drogi na szczyt
Początkowo droga pnie się powoli, a my co kilka minut musimy ustępować miejsca przejeżdżającym samochodom. Idziemy bowiem drogą dojazdową do pierwszego na trasie schroniska Lucknerhütte (2241 m n.p.m.). Na szczęście, co kilkadziesiąt metrów szlak omija rozległe serpentyny i niczym skróty na drodze do Morskiego Oka w Tatrach, przyspiesza nasze dojście do chaty. Tu robimy pierwszy postój. Rozmawiamy też ze spotkanymi  Polakami, którzy mają dokładnie ten sam cel co my. Podpytujemy się wzajemnie kto, którą drogę wybiera na szczyt, bowiem z Kals, można wejść na Grossglocknera przynajmniej na trzy sposoby.
Poza drogą normalną (Alter Kalser Weg), można wybrać szlak wschodnią granią (Mürztaler Steig) lub słynną grań Stüdlgrat, która z tych trzech jest zdecydowanie najtrudniejsza. Zarówno nasz zespół, jak i nasi nowi znajomi, wybieramy wariant najbardziej popularny, czyli przeprawę przez lodowiec Ködnitzkees i wspinaczkę na grań, gdzie znajduje się schronisko Erzherzog-Johann-Hütte. Różnica jest tylko taka, że my śpimy w tym ostatnim, natomiast nasi rodacy we wcześniejszej chacie, czyli w Stüdlhütte. Życzymy sobie powodzenia i ruszamy przed siebie, z myślą, że pewnie spotkamy się jeszcze w ciągu tych dwóch dni.
Schron w ściętej beczce. 

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Austria

Zobacz też