Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Bieszczady

Niedźwiedź na drodze

NPM 6/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Rezerwat Sine Wiry (Fot. Tomasz Dębiec)
Bieszczady to istny worek z atrakcjami. I nie zawsze trzeba sięgać po to samo. Wiem, że widok z Tarnicy jest super, a Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej to najbardziej klimatyczne schronisko w promieniu wielu kilometrów. Są jednak w sercu tych gór i takie miejsca, w które miłośnicy pieszych wędrówek nie zaglądają tak często. Tymczasem wycieczka w takie rejony może być nie mniej interesująca, a może nawet ciekawsza.

Jestem w samym środku Bieszczadów. Jadę piękną drogą w dolinie rzeki Solinki. – I pomyśleć, że kilka lat temu wrzucenie drugiego biegu w tym miejscu wiązałoby się ze zniszczeniem samochodu. Takie były dziury – mówię do siebie, pokonując kolejne zakręty malowniczej drogi.
Okolice Cisnej to zagłębie bieszczadzkiej sztuki. Dlatego w miejscowości Buk, gdzie stoją tylko dwa domy, nie dziwi szyld galerii. Jako umiarkowany miłośnik wszelakiego artyzmu postanawiam jednak podarować sobie tę atrakcję i decyduję się na dalszą jazdę. Kilka kilometrów za Bukiem, w lewo od głównej drogi, odchodzi leśna wyboista szutrówka, prowadząca do Łopienki – jednej z wielu nieistniejących bieszczadzkich wsi, gdzie na stałe nikt już nie mieszka. Jedyny punkt orientacyjny w tym rejonie to mała cerkiew z bogatą przeszłością.
Samochód zostawiam na parkingu przy drodze z Dołżycy do Polańczyka. W sezonie, a zwłaszcza w długie weekendy, może być problem ze znalezieniem tu miejsca. Ale w zwykły dzień możemy nawet nie mieć żadnego towarzystwa.

Krótka historia niezwykłej cerkwi
Spacer do Łopienki szutrową drogą trwa około czterdziestu minut. Teren tej nieistniejącej wsi otoczony jest zewsząd lasem, który powoli zajmuje dawne pola i łąki. Ostały się też resztki sadów i pojedyncze drzewa owocowe. Zawsze, gdy jestem w Łopience, a mój wzrok trafi na jakąś starą jabłoń albo gruszę, przypomina mi się historia, jak to moja znajoma pomyliła zbieracza jabłek w zdziczałym sadzie, który miał, oczywiście, wiaderko na owoce, z… niedźwiedziem! Ten stał na dwóch łapach i zajadał smaczne jabłka. Niestety, nigdy nie miałem takich niezwykłych przygód.
W miejscu, w którym wychodzimy z lasu, a dolina się rozszerza, wita nas wspomniana już wcześniej przeze mnie cerkiew. Otoczona jest starymi lipami. Niektóre są bardzo pokaźnych rozmiarów. Jedna z nich jest wyjątkowa, bo do wnętrza jej olbrzymiego pnia można wejść przez otwór, który kształtem przypomina klasyczną dziurkę od klucza.
– Gdybym nie był sam, na pewno wszedłbym do środka, wystawił głowę z tej osobliwej dziupli i kazał sobie zrobić zdjęcie – wpadam na niezbyt oryginalny pomysł, bo robią tak niemal wszyscy, którzy tędy przechodzą.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też