Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Nie tylko dla orłów

NPM 6/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
(fot. Monika Witkowska)
Jeśli ktoś mnie zapyta, co koniecznie trzeba zobaczyć i przejść, będąc w Dolomitach, nie będę miała problemów z odpowiedzią: via ferraty! Trudno jednak wybrać konkretną. Tylko w obrębie prowincji Trentino Włosi mają 1165 wyznaczonych szlaków, które prowadzą przez 6 tysięcy kilometrów! A przecież my mamy na nasz wypad zaledwie kilka dni!  

Ślęczenie nad mapą decyzji nie ułatwia. W końcu wykonujemy „telefon do przyjaciela” (Włocha): – Chcemy zrobić jakąś via ferratę. Ma być trochę wyrypiasto, ale bez przesady, no a przede wszystkim ładnie – precyzujemy priorytety.
Chwila rozmowy i już wiemy. Tydzień później meldujemy się w Dolomitach. Ja z via ferratami jestem już obyta, mój kolega, Marek, dopiero na nich debiutuje.
Od więzienia do geologii
Via ferraty to z języka włoskiego dosłownie „żelazne drogi”. Nazwa nawiązuje do metalowych ułatwień na przepaścistych odcinkach, takich jak: stopnie, drabinki i zapewniające nam asekurację poręczówki. Umiejętności wspinaczkowe nie są potrzebne do ich przejścia. Ważne jest jednak, żebyśmy nie mieli lęku wysokości, no i do poręczówek rzeczywiście się wpinali.
Tak naprawdę nikt nie kontroluje, czy się asekurujemy i czy w ogóle mamy potrzebny sprzęt – zakłada się, że w górach są ludzie raczej rozsądni. Niezbędny sprzęt (oprócz butów i ubrań uwzględniających, że nawet w środku lata mogą zrobić się warunki zimowe) to uprząż i lonża z dwoma „wąsami” do wpinania się plus kask. Ryzyko urazu głowy jest spore choćby przy przechodzeniu pod skalnymi nawisami, nie mówiąc o kamieniach, które mogą na nas spaść, na przykład zsunięte przez innych turystów.
Wbrew powszechnym opiniom ferraty to wcale nie włoski pomysł. Owszem, w czasie pierwszej wojny światowej Włosi tworzyli „żelazne drogi” na potęgę, choć szczerze mówiąc, początkowo wcale nie o turystach myśleli, a o ułatwieniach dla wojska. Przez góry przechodził bowiem front oddzielający armię włoską i austrowęgierską. Wiadomo jednak, że tego typu wsparcie w pokonywaniu trudniejszych szlaków (różne stopnie, uchwyty, drabinki, metalowe liny) istniało w Alpach wcześniej, już w XIX wieku.
W 1869 roku połączono linami wierzchołki Grossglocknera (3798 m n.p.m.), a w 1873 stałe umocnienia zamontowano na niemieckim Zugspitze (2962 m). Do tej pory kraje niemieckojęzyczne mają sporo tak ubezpieczonych wysokogórskich szlaków, tyle że zamiast nazwy „via ferrata” używa się tam określenia „Klettersteig”, czyli „wspinaczkowy chodnik, szlak”. Z drugiej strony nie da się ukryć, że najbardziej kultowe via ferraty znajdziemy mimo wszystko w Dolomitach.
Zwłaszcza że to jedyne w swoim rodzaju góry, zapierające dech zarówno kształtami (skalne wieże), jak i kolorami, co docenić można zwłaszcza o wschodzie czy zachodzie słońca. Bez wątpliwości –ich wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO było jak najbardziej zasłużone. Swoją drogą ciekawe jest pochodzenie nazwy tych gór. Upamiętnia ona francuskiego geologa, Déodata de Dolomieu (1750-1801), który wiedzy o minerałach nabywał… siedząc w więzieniu. Trafił tam na rok, jako 18-latek, odsiadując karę za pojedynek, w którym zabił rywala. On sam odkryty przez siebie minerał chciał nazwać zupełnie inaczej, ale naukowe autorytety obstawały za „dolomitem”. Co ciekawe, pan Dolomieu w „swoich” górach nigdy nie był – pracował na dostarczanych mu próbkach skał.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m"


Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też