Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Wysokie

Nie taki Kozi straszny

NPM 1/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Anna Tomaszkiewicz
Kozi Wierch (fot. Marcin Atraszkiewicz)
Patrzę znów w górę, przed siebie. Teraz już wiem na pewno, że jeszcze tylko kilka kroków i będę mogła przez kilka godzin cieszyć się najwspanialszymi widokami, jakie w Tatrach można ujrzeć. Jest przecież zima, piękna pogoda i grupa przyjaciół. I wreszcie są Tatry – góry magiczne.

Kozi Wierch (2291 m n.p.m.) to najwyższy szczyt znajdujący się całkowicie po polskiej stronie Tatr. Wznosi się nad Kozią Dolinką (górna odnoga Doliny Gąsienicowej) oraz Doliną Pięciu Stawów Polskich. Jest również najwyższym wzniesieniem Orlej Perci, wybitnym szczytem bocznej grani Tatr Wysokich odchodzącej od Świnicy w kierunku wschodnim, oddzielonym Kozią Przełęczą Wyżnią od Kozich Czub i Przełączką nad Dolinką Buczynową od Czarnych Ścian. Tyle za przewodnikami, bowiem Kozi Wierch, prócz imponującej wysokości i ciekawego otoczenia, jest również miejscem o dość sporej liczbie najsmutniejszych wydarzeń.

Dwójka w lawinach, zatem idziemy
Tatrzańska zima. Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów pęka w szwach. Pogoda, jakiej nie można było sobie wymarzyć. Na niebie od wczesnych godzin rannych słońce, którego pierwsze promienie nieśmiało wyglądają zza Szpiglasowego Wierchu. Chmur nie ma w ogóle. Jest godzina ósma, a w schroniskowej jadalni gwarno od turystów, którzy spoglądając przez okno przy śniadaniu, w myślach układają trasy swoich wycieczek.
My jesteśmy w naszej stałej grupie – kameralnej, trzyosobowej: Karolina, Marcin i ja. „Przyjaciele od mapy”, połączeni wspólną pasją zdobywania gór, pokonywania wspinaczkowych dróg oraz odkrywania piękna jaskiń. Siedząc przy stole, pośpiesznie kończymy śniadanie.
Marcin rozkłada mapę, kierując palec wskazujący w rejon Orlej Perci:
– Uda się – mówi z uśmiechem.
– Gdzie dokładnie chcesz wejść? – pyta ostrożnie Karolina, doskonale pamiętająca zbyt śmiałe plany sprzed roku.
Wtedy to kilkadziesiąt metrów przed celem, z powodu niebezpiecznego śnieżnego nawisu z pokorą zawróciliśmy z Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem.
– Mam dwa pomysły – śmiało odpowiada Marcin. – Krzyżne lub Kozi Wierch, wybierajcie.
Po chwili namysłu, biorąc pod uwagę wczorajszy brak śladów prowadzących w kierunku Przełęczy Krzyżne, zapada decyzja – Kozi Wierch. Nareszcie. Już od dłuższego czasu przymierzaliśmy się do zimowego wejścia na ten szczyt. Ale do tej pory, zawsze brakowało nam szczęścia w postaci dobrych warunków atmosferycznych. A dziś? Tylko drugi stopień zagrożenia lawinowego. Ratownik TOPR dyżurujący w schronisku pozwala na realizację naszego planu.
– Zatem idziemy! – postanawiamy.
Tuż po wyjściu ze schroniska zastanawiam się, którędy będziemy wchodzić. Letni szlak turystyczny prowadzi Szerokim Żlebem, w górnym odcinku wyprowadzającym na grań. A zimą?
– Zimą jest bardzo podobnie i nie trzeba pokonywać niezliczonej ilości zakosów – odpowiada na moje, jeszcze niedokończone pytanie Marcin.
On już kilkakrotnie miał przyjemność wejść na szczyt o różnych porach roku, a setki zakosów to jego mało lubiana forma pokonywania wzniesień.
– Koniec pogawędek, idziemy – rzuca zniecierpliwiona Karolina, której pragmatyzm bywa w górach zbawienny.
Przyjemną trasę wiodącą wzdłuż linii brzegowej Przedniego i Wielkiego Stawu pokonujemy z rosnącym entuzjazmem, ale i z nadzieją, że pogoda nie spłata nam figla i do wieczora będzie słonecznie. Z każdym naszym krokiem słońce wschodzi coraz wyżej, oświetlając Liptowskie Mury otaczające Dolinę Pięciu Stawów. Nad Gładkim Wierchem dostrzegamy księżyc – jakby spóźniony zapomniał, że noc odeszła już w zapomnienie. Docieramy do rozwidlenia szlaków, gdzie żegnamy turystów idących dalej szlakiem na Zawrat.
– Powodzenia na Kozim! – słyszymy od oddalającej się już grupy.
Skręcamy w kierunku czarnego szlaku letniego, by rozpocząć dość długie podejście żlebem na wierzchołek naszej wymarzonej góry. Na niebie zaczynają się pojawiać pierwsze obłoki, dzięki którym błękit nieba wydaje się jeszcze bardziej nasycony. Robi się coraz cieplej, a częste postoje w stromym żlebie, by uwiecznić piękne widoki, pozwalają również na zdjęcie zbędnych części garderoby. I choć śniegu sporo, odważniejsza część naszej niewielkiej grupy pozostaje już tylko w koszulkach z krótkim rękawem. Odbijające się od śniegu promienie słońca oślepiają na tyle, że bez okularów przeciwsłonecznych dalsza droga staje się niemożliwa. Znów przystajemy na chwilę, by obejrzeć się za siebie. Powoli odsłaniają się przed nami szczyty, które pod śniegiem wydają się niedostępne i groźne. Spoglądamy w dół, by zobaczyć schronisko. Z tej perspektywy wydaje się maleńkim pudełeczkiem, jakby miniaturowym domkiem o nierealnych kształtach.

Poezja Jana Długosza chodzi po głowie
Ciągły marsz w nasłonecznionym miejscu powoduje pierwsze zmęczenie. Przystajemy znów, tym razem by chwilkę odpocząć i uspokoić nieco przyspieszone bicie serca. Ale odpoczynki w takich miejscach nie mogą trwać zbyt długo. Zresztą postoje w bardzo stromym żlebie ze świadomością, że w każdej chwili spod nóg mogą ruszyć masy topniejącego śniegu, które w takim terenie nabiorą niewiarygodnej prędkości, nie są niczym przyjemnym. Myślę o tym coraz częściej. Mimo to, im wyżej i bardziej stromo, tym chętniej godzę się na prośby towarzyszy, by znów się zatrzymać i odpocząć. Staram się wyrzucić z pamięci wiersz o lawinie wybitnego taternika i alpinisty lat 50., Jana Długosza, którego fragmenty uporczywie powtarza moja podświadomość. Robię krok, a w myślach majaczą słowa:
„Lekki trzask | Biały śnieży tuman
| Świat | W saltach śmiesznych | Oszalały | Runął | Słońce | Ubrało kask
| Z białego puchu | Migają skały | Życie | Tak nieważne | Nieprawdziwe | Obrazów nie ma | W zwierciadle krzywym | Jedna myśl | Ty droga | Szkoda mi
| Że tak głupio | Szkoda (…)”.
Znów przystaję, by otrząsnąć się z dramatycznego scenariusza wybujałej zanadto wyobraźni. Staram się skupić na drodze, na kolejnym kroku w górę.
– Anka, odwróć się – słyszę nawoływania idącej za mną Karoliny.
W jednej chwili wykonuję szybki zwrot, by zobaczyć, czy przypadkiem nic złego się nie dzieje.
– Zrobię ci zdjęcie… – kończy z rozbrajającym uśmiechem zapalona pani fotograf.
I choć jest mi to bardzo nie na rękę, szczególnie po trudnej walce z wyobraźnią, przystaję na chwilę, robiąc odpowiednią, akceptowalną przez sprawne fotograficzne oko, minę.
Idę dalej, nareszcie nieco rozluźniona po kilkusekundowej sesji zdjęciowej. Patrzę na szczyt, który wydaje się tak blisko, zupełnie jakby w zasięgu ręki. Po kilku krokach już wiem, że to typowe zjawisko w górach, które chyba jeszcze mocniej nas dotyka, gdy jesteśmy zmęczeni. Wyobrażenie, że szczyt jest bardzo blisko, zostaje brutalnie zniszczone przez widok wierzchołka w dużo większej odległości, po podejściu kolejnych metrów wyżej.
Cóż, znów staję na moment. I znowu oglądam się za siebie, bo nie sposób nie zwrócić uwagi na otoczenie. Po południowej stronie zasnute jeszcze w porannej, lekkiej mgle słowackie Tatry Niżne robią na mnie wrażenie. Przypominają mi nieco nasze Beskidy, w których często spotykane morze mgieł stanowi ciekawy kąsek dla wszystkich amatorów górskiej fotografii. Wreszcie zza Miedzianego zaczynają się wyłaniać tatrzańskie kolosy. Już widzę masyw Mięguszowieckich, szczyt Rysów, Wysoką, masyw Lodowego. Dostrzegam również Gerlach, najwyższy w całym doborowym otoczeniu. Trudno byłoby przegapić w tej panoramie jego specyficzną formę z charakterystycznym wcięciem nazwanym Przełęczą Tetmajera, oddzielającą go od Zadniego Gerlachu.

 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.